Sakkari w Hongkongu: czy forma z Wuhanu przetrwa do ostatniego turnieju sezonu
Hongkong to dla Marii Sakkari ostatni przystanek sezonu. W pierwszej rundzie turnieju WTA na kortach otwartych o twardej nawierzchni czeka na nią Carol Young Suh Lee, która trafiła do drabinki głównej jako lucky loserka. Ranking mówi jasno: 30. miejsce rozstawionej z czwórką Greczynki wobec 156. pozycji rywalki. Ciekawsze od rankingu jest jednak to, że obie przyjeżdżają z formą, która potrafi błysnąć, ale rzadko wytrzymuje cały mecz.
Carol Young Suh Lee i drugie wejście przez boczne drzwi
Kwalifikacje w Hongkongu ułożyły się Lee w dwa zupełnie różne obrazy. Z Ching Laam Lai wygrała spokojnie i bez nerwów. Potem przyszła Aliaksandra Sasnovich, z którą było dużo trudniej, i mecz zakończył się porażką.
Miejsce w drabince głównej daje jej drugą szansę, ale nie wymazuje tamtego wieczoru. Relacje z turnieju nie wyjaśniają, dlaczego poziom Lee spadł w meczu z Sasnovich. Wiadomo tylko, że spadł.
Tydzień wcześniej w Guangzhou było podobnie, choć bardziej pouczająco. Z Paulą Badosą Lee miała szansę już na początku, na podaniu rywalki, a potem musiała się bronić. W drugim secie odrobiła stratę przełamania i wyrównała mniej więcej w połowie partii.
Wtedy Badosa potrzebowała pomocy medycznej i otworzyło się okno, przez które Lee nie zdołała przejść. Pod koniec seta jej podanie znów znalazło się pod presją. Kłopoty zdrowotne dotyczyły Badosy, nie Lee.
W kwalifikacjach w Guangzhou Lee pokazała jeszcze jedną cechę: przegrała pierwszego seta z Jeline Vandromme, odwróciła mecz, wygrała tie-breaka w drugiej partii i przeszła dalej. To dowód, że umie się podnieść w jednym konkretnym spotkaniu. Nie dowodzi jednak, że regularnie domyka trudne mecze albo ma lepszą kondycję od rywalek.
Najuczciwiej będzie powiedzieć, że Lee jest rozegrana, ale nierówna. Ma za sobą sporo meczów i umie odpowiedzieć, kiedy rywalka zaczyna lepiej. Nie widać jeszcze, czy taka odpowiedź wytrzyma dłużej niż kilka gemów.
Media opisują jej powrót do drabinki ciepło, ale to głos dziennikarzy, a nie samej zawodniczki. Nie wiadomo, czy wyjdzie na kort z poczuciem, że nie ma nic do stracenia. W jej sztabie są Artem Smirnov, Alex Belov i T2 Academy.
Sakkari i odwaga w ważnych momentach
Na jesień Sakkari łatwo spojrzeć przez pryzmat porażek, ale byłoby to krzywdzące. W Wuhanie przegrała pierwszego seta z Martą Kostyuk, a potem zagrała coraz czyściej. Rywalka gubiła rytm i myliła się coraz częściej, co też trzeba wziąć pod uwagę, ale Sakkari to wykorzystała.
Dwa dni później zdominowała początek meczu z Mią Pohankovą i wróciła do ćwierćfinału w Wuhanie po dziewięciu latach. Końcówka drugiego seta była jednak nerwowa, bo rywalka mocno ruszyła do odrabiania strat. Sakkari wytrzymała, choć nie bez drżenia rąk.
Najwięcej o jej obecnym tenisie powiedział ćwierćfinał z Mają Chwalińską. Na początku zmiany rytmu i skróty Polki wyciągały z Sakkari mnóstwo błędów. Potem Greczynka je ograniczyła, wytrzymywała długie wymiany i dobiegała do skrótów.
W decydującym secie raz po raz kończyła akcje mocnym forhendem i dobrym wolejem, choć jej gemy serwisowe szły trudniej niż gemy rywalki. Na samym końcu znów straciła precyzję i przegrała. Chwalińska przyznała potem uczciwie: „przy break pointach broniła się naprawdę dobrze”.
Sakkari wie, w czym tkwi problem. Po porażce z Eliną Switoliną w Pekinie mówiła, że podstawa jej gry jest na miejscu, ale brakuje jej trochę więcej odwagi w najważniejszych momentach. Uderzenia ma, tylko nie zawsze w nie wierzy, kiedy stawka rośnie.
Tokio było przestrogą. W meczu z Julią Putincewą Sakkari szybko objęła prowadzenie, ale go nie utrzymała, a podwójne błędy serwisowe kosztowały ją ważne gemy. W drugim secie wróciła dzięki agresywnemu forhendowi, w trzecim szybko straciła kontrolę i przegrała w trzech setach.
W Hongkongu mówi jednak pogodnie. Jest „bardzo zadowolona z tego, jak gra”, choć przyznaje, że potrzebuje „jeszcze kilku dobrych zwycięstw”. Ten optymizm jest większy, niż sugerowałby sam mecz w Tokio, ale nie brzmi naiwnie.
Sakkari mówi też, że przestała co tydzień sprawdzać ranking i chce po prostu cieszyć się grą. Ostatni turniej sezonu traktuje jako okazję do dobrego zakończenia roku, a nie jako obowiązek do odhaczenia. Zmęczenie końcówką sezonu nazwała wcześniej wyzwaniem, nie wymówką. Jej trenerem jest Tom Hill.
Czy Sakkari utrzyma przewagę, kiedy ją zdobędzie
Kluczowe w tym meczu jest to, czy Sakkari utrzyma przewagę po dobrym początku. W Wuhanie pokazała, że w długich wymianach jest groźna, gdy ogranicza błędy. W Tokio okazało się, co się dzieje, gdy forhend zaczyna się spieszyć: chce przejąć kontrolę wcześniej, niż pozwala na to wymiana.
Drugie pytanie dotyczy jej podania. Jesienią serwis Sakkari nie był pewną ochroną, nawet wtedy, gdy z linii końcowej grała dobrze. Jeśli po prowadzeniu przyjdzie luźny gem serwisowy, mecz może się otworzyć na nowo.
Dla Lee sprawdzianem będzie to, czy dobry fragment zamieni w dłuższy okres presji. Z Badosą umiała wrócić do seta, ale nie potrafiła tego utrzymać. Tym razem jedna udana seria może nie wystarczyć.
Nie warto też zakładać, że Lee powtórzy taktykę Chwalińskiej ze skrótami, lobami i zmianami wysokości piłki. Nic w jej ostatnich meczach na to nie wskazuje. Podobnie ani jednej, ani drugiej nie należy z góry przyznawać przewagi w długim meczu: Sakkari w Wuhanie biegała za każdą piłką, a Lee pokazała upór, ale nie przewagę kondycyjną.
Wcześniejsze spotkania tej pary nie dają punktu odniesienia, więc mecz trzeba oceniać na podstawie bieżącej formy. Żadna z zawodniczek nie zgłasza urazów, choć to informacja z relacji prasowych, a nie z gabinetu lekarskiego. Lee ma za sobą krótki odpoczynek po kwalifikacjach, ale też zna już tutejsze warunki. Sakkari po Tokio miała kilka dni na regenerację.
Sakkari ciepło wspomina Hongkong i tutejszą publiczność, ale to sympatia, a nie gwarantowane wsparcie trybun. Na papierze faworytka jest oczywista, choć jej jesienna forma zmienia się jak pogoda. Ten mecz pokaże, czy jej gra z Wuhanu przetrwa do ostatniego turnieju roku.

Zapamiętacie jutro jedną myśl — kciuk zasłużony.











