Parks – Eala w Hongkongu: odzyskany rozpęd kontra stopa pod obserwacją
Turniej WTA w Hongkongu to dla wielu ostatni przystanek azjatyckiego tournée. Grają tu zawodniczki, które mają w nogach kilka tygodni podróży, wilgoci i zmian stref czasowych. W pierwszej rundzie na kortach otwartych o twardej nawierzchni rozstawiona z „dwójką” Alexandra Eala, 19. rakieta świata, trafia na Alycię Parks, 65. w rankingu. Na papierze to klasyczne starcie faworytki z outsiderką. Obie przyjeżdżają jednak z Tokio, gdzie zagrały lepiej, niż sugerował cały październik, i w tym tkwi cały urok tej pary.
Alycia Parks: tydzień, który zmienił kierunek wiatru
Październik długo był dla Parks pochmurny. W Pekinie i Wuhanie nie potrafiła złapać rytmu. W Ningbo wygrała pierwszego seta z Sarą Bejlek, a potem patrzyła, jak mecz wymyka się jej z rąk. Tak zwykle wygląda tenisistka, której serwis i atak od pierwszej piłki działają tylko wtedy, gdy wszystko inne też jest na swoim miejscu.
Tokio zaczęła od kwalifikacji, czyli od najdłuższej możliwej drogi. W meczu z Wang Xinyu najpierw dominowała, a w drugim secie musiała się bronić, bo rywalka zrobiła się niewygodna. Parks obroniła piłki setowe i zamknęła spotkanie bez decydującego seta. Ważniejszy od samego wyniku był sposób: kiedy łatwy mecz robi się trudny, wielu zawodniczkom drżą wtedy ręce, a jej nie zadrżały.
Potem przyszło zwycięstwo nad Kimberly Birrell. Według relacji AAP Parks grała po mistrzowsku: Birrell raz za razem nie mogła utrzymać podania, a sama rzadko dostawała szansę na presję w gemach returnowych. Birrell miała za sobą udany, tytułowy okres, choć do turnieju głównego weszła tylnymi drzwiami, po porażce w kwalifikacjach. Było to zwycięstwo przekonujące, nad rywalką pewną siebie, ale nie w pełni rozpędzoną.
W ćwierćfinale Parks przegrała z Pohankovą i ten mecz najlepiej pokazuje, gdzie wciąż uwiera ją but. Straciła podanie na samym początku, podkręciła agresję i odrobiła stratę, ale tie-break należał już do Pohankovej. W drugim secie Parks wyszła na przełamanie i oddała je natychmiast, a rywalka odjechała serią gemów, z bardzo pewnym gemem returnowym w środku.
Trzeba przy tym oddać Pohankovej, co jej: grała turniej życia i chwilę wcześniej wyeliminowała Naomi Osakę. Parks nie odpadła więc z kimś, kto szukał formy, tylko z kimś, kto rósł z każdym dniem. Nie chodziło o brak walki, tylko o to, że nie potrafiła utrzymać korzystnej sytuacji. W relacjach z Tokio nie ma mowy o żadnym urazie. Jest za to pokaźny bagaż meczów, bo tydzień zaczął się od eliminacji.
Alexandra Eala: lepszy tenis, któremu brakuje ostatniego kroku
U Eali jesień też nie była bezchmurna. W Wuhanie prowadziła w pierwszym secie z Shi Han, ale rywalka uparcie dokładała coraz lepsze zagrania i odwróciła mecz. Ten obraz warto zapamiętać: niedawno Eala bywała podatna na utratę kontroli właśnie po dobrym starcie.
Pierwszy oddech przyszedł w Ningbo. Z Diane Parry Eala najpierw grała na styku, potem uspokoiła grę i nie pozwoliła rywalce wrócić do meczu. WTA chwaliła jej regularność, a ona sama mówiła, że jest bardzo zadowolona i że wsparcie wokół niej pomaga przetrwać trudne chwile. Następnie przegrała z Dianą Shnaider, ale w ciekawy sposób. Pod ścianą, w obliczu porażki, wchodziła w kort i atakowała, zamiast się okopać. Zabrakło tylko decydujących returnów, kiedy pod koniec pojawiały się szanse.
W Tokio przeciw Mice Stojsavljević Eala przyjmowała mocne uderzenia, nie dając się wciągnąć w pojedynek na siłę na warunkach rywalki. Gdy jeden z gemów serwisowych zrobił się groźny, wyszła z opresji dobrymi podaniami i kombinacją serwis plus następne uderzenie. Uczciwie trzeba dodać, że Stojsavljević sporo jej pomogła swoją nieregularnością.
Najwięcej powiedział mecz z Darją Gibson. Eala była na początku przytłoczona siłą rywalki, ale wiatr zaczął się zmieniać jeszcze w pierwszym secie, gdy Gibson nie wykorzystała pierwszej okazji, by podać na seta. Potem Eala przejęła inicjatywę ostrymi returnami, a jej ruch po korcie ważył coraz więcej. „Pierwszy set był trudny, ale miałam swoje szanse” — tłumaczyła, wskazując na koncentrację jako źródło wiary, że kolejne okazje przyjdą.
W ćwierćfinale znów stanęła naprzeciw Shnaider i przegrała w trzech setach. Wygrała pierwszego seta, w drugim, zdominowanym przez serwujące, doszła do końcówki tie-breaka, a tam podwójny błąd otworzył rywalce drzwi. W decydującym secie wcześnie straciła podanie i to okazało się kosztowne, choć walczyła do końca. Shnaider powiedziała później, że „ten mecz zasługiwał na to, by być finałem”. Trudno o lepsze świadectwo, że poziom był, a zawiodły pojedyncze akcje.
Jest jednak druga strona tego meczu. W decydującym secie Eala korzystała z pomocy medycznej: AFP pisała o prawej stopie, lokalna relacja o prawej kostce. Dokończyła spotkanie, ale diagnoza i to, czy dolegliwość minęła przed Hongkongiem, pozostają niewiadomą. Wycofanie z debla w Tokio wynikało z problemu z plecami partnerki, Desirae Krawczyk, i nie mówi nic o zdrowiu samej Eali.
Głowa wydaje się w porządku. Hongkong to podobno jej ostatni turniej sezonu, a ona zapowiada: „Jestem bardzo podekscytowana i jadę z wielką motywacją”. Podsumowania odkłada na po turnieju. Trener Joan Bosch studzi tymczasem oczekiwania kibiców i przypomina, że nie da się wygrywać co tydzień. To rozsądna osłona dla zawodniczki, za którą jeździ spora i głośna publiczność.
Kto pierwszy przejmie inicjatywę i kto ją utrzyma
Główne zderzenie jest proste do opisania i trudne do rozstrzygnięcia. Parks jest najgroźniejsza, gdy serwis daje jej przewagę, a następna piłka wraca wygodnie do ataku. Eala w ostatnich tygodniach najlepiej grała właśnie wtedy, gdy rywalka biła mocno: neutralizowała pierwsze uderzenie i nie oddawała kontroli nad wymianą. Kluczowe pytanie brzmi więc, czy Parks dostanie piłki do ataku, czy będzie musiała generować tempo z niewygodnych pozycji.
Nie warto widzieć w Eali wyłącznie tenisistki, która przeciąga wymianę i czeka na błąd. Mecz z Gibson wygrała returnami, a w Ningbo atakowała właśnie wtedy, gdy była pod ścianą. Parks będzie miała naprzeciw kogoś, kto potrafi odebrać inicjatywę, a nie tylko trzyma piłkę w korcie.
Obie mają też wspólną słabość, różnie objawioną. Parks nie utrzymała przełamania z Pohankovą, Eala w Wuhanie i w Tokio traciła mecze, w których dobrze zaczynała, choć z Gibson pokazała comeback w najlepszym stylu. Nie traktowałbym tego jak wyroku na charakter żadnej z nich. To raczej świeży nawyk, który ten mecz może utrwalić albo przerwać. Prawdopodobnie zadecydują momenty tuż po przełamaniu.
Hongkońska prasa traktuje tę parę jako dobrze sobie znaną, ale żadna z zawodniczek nie mówiła ostatnio niczego, co sugerowałoby psychologiczną przewagę którejkolwiek strony. Znajomość ma znaczenie, domniemana przewaga mentalna już nie.
Najwięcej wątpliwości mam co do kondycji. W dłuższym meczu ruch Eali powinien być atutem, ale tylko pod warunkiem, że prawa stopa pozwoli jej biegać za każdą piłką bez zastanowienia. Parks też nie przyjeżdża wypoczęta, po drodze z kwalifikacji do ćwierćfinału. Pierwsze gemy powiedzą więcej niż jakakolwiek tabela: jak Eala rusza do skrótu i czy Parks wciąż ma tokijski return.
Wsparcie trybun prawdopodobnie znów będzie po stronie Eali. Bosch przypomina jednak, że ten doping niesie ze sobą także oczekiwania. Ostatni turniej sezonu bywa jak listopadowe popołudnie: albo przynosi jeszcze trochę ciepła, albo szybko robi się ciemno. Dla Eali to szansa, by zamknąć rok czymś lepszym niż kolejna porażka na styku. Dla Parks to test, czy Tokio było początkiem czegoś trwałego, czy tylko przejaśnieniem między chmurami.

Niech to ma ciąg dalszy. Zaczyna się od was.











