Fernandez – Rachimowa: rewanż za Pekin w półfinale w Tokio
Turniej w Tokio dotarł do półfinałów i ułożył historię, której nikt nie planował. Leylah Fernandez, 23. rakieta świata, awansowała bez gry w ćwierćfinale, bo Jelena Rybakina wycofała się przed ich rewanżem za finał w Ningbo. Kamilla Rachimowa, 66. w rankingu, przegrała w kwalifikacjach, weszła do drabinki jako lucky loser i wywalczyła półfinał na korcie. Na kortach twardych zagrają o finał, a w tle wisi ich mecz w Pekinie sprzed niespełna miesiąca, który wygrała Rachimowa.
Fernandez, czyli mistrzyni wychodzenia z opresji
Jesień Fernandez to najlepszy okres jej sezonu, ale nie jest to forma, która płynie spokojną rzeką. W Singapurze pokonała Mirrę Andriejewą, odrobiła straty po fatalnym początku z Mają Chwalińską, wybroniła się w pierwszym secie z Talią Gibson i zdominowała finał. Ważne było to, jak odwracała losy meczów: nie czekała na błędy rywalek, tylko sama przejmowała inicjatywę, z Chwalińską także wychodząc do siatki.
Wuhan przypomniał o słabych stronach. W trzeciej rundzie z Jeleną Ostapenko podniosła się po złym pierwszym secie, ale w decydującej partii jej serwis znów był pod ciągłym naciskiem. Odrobiła przełamanie i natychmiast oddała przewagę, a ten wzór warto zapamiętać przed Tokio.
Ningbo było tygodniem wytrzymałości. Z Elise Mertens była o krok od odpadnięcia, z Aliaksandrą Sasnowicz odrabiała straty pod koniec pierwszego seta i przetrwała długą wymianę ciosów. Sama mówiła, że po prostu cieszy się walką, ale przyznała też, że wolałaby utrzymywać koncentrację, zamiast co chwilę uciekać spod topora.
Najczystszy tenis pokazała w ćwierćfinale z Jekatieriną Aleksandrową. Po przegranym pierwszym secie zaczęła głębiej returnować i pewniej utrzymywać podanie, a tę przewagę dowiozła przez cały decydujący set. Z Lindą Bouzkovą znów pomagały jej kąty i zmiany kierunku na linię, choć sama oceniła ten mecz bez złudzeń: może nie najlepszy tenis, trochę za dużo błędów.
Finał z Rybakiną pokazał różnicę między atakowaniem a byciem zepchniętą do obrony. Serwis rywalki i jej uderzenie od pierwszej piłki odsunęły Fernandez od gry. Kanadyjka miała szanse na początku, nie wykorzystała ich i mecz zaczął jej się wymykać.
W Tokio z Mertens wygrała pierwszego seta returnem, w drugim zbudowała wyraźną przewagę, część jej oddała, znów przełamała i nie zdołała podać na mecz. W tie-breaku odrobiła stratę z początku, obroniła piłki setowe i nie przestała atakować. Serwis, który wcześniej zawodził, w najważniejszym momencie wreszcie był pewny.
Jest jednak chmura na tym jesiennym niebie. Fernandez wycofała się z debla w Tokio z powodu urazu lewej ręki, a skala problemu i jego wpływ na serwis czy uderzenia z głębi kortu pozostają niewiadomą. Mecz z Mertens dokończyła, a walkower w ćwierćfinale dał jej dzień odpoczynku po wyczerpującym Ningbo, ale nie jest to żadne świadectwo zdrowia.
Rachimowa i druga szansa, której nie zmarnowała
Rachimowa nie przyjechała do Tokio na fali. Wcześniej przegrała z Bouzkovą w Ningbo, a potem z Sasnowicz w kwalifikacjach. Do drabinki weszła na miejsce Belindy Bencic, w dodatku na pozycję z wolnym losem, więc od razu trafiła do kolejnej rundy.
Los otworzył jej drzwi, ale przez próg przeszła już sama. Z Aleksandrową wygrała pierwszego seta, przegrała drugiego i przetrwała decydującą partię pełną wymienianych przełamań, by wygrać ją w tie-breaku. Był to jednak mecz upartości, nie panowania nad kortem: Rachimowa popełniała sporo podwójnych błędów serwisowych.
Ćwierćfinał z Mayą Joint był już czymś więcej niż kolejną ucieczką. Rachimowa odrobiła przełamanie w pierwszym secie, a gdy Joint wyrównała stan meczu, odpowiedziała przełamaniami na początku decydującej partii i trzymała inicjatywę do końca. Joint przyjechała po kwalifikacjach i wygranych z Soraną Cîrsteą i Cristiną Bucșą, więc to nie było zwycięstwo nad kimś przypadkowym.
Dla Rachimowej to pierwszy półfinał tej rangi i pierwszy na kortach twardych w głównym cyklu. Gra o premierowy finał w karierze, co niesie ze sobą ciężar, choć nie wiemy, czy czuje tremę, czy ulgę. Kontuzji nie zgłaszała, ale w przeciwieństwie do rywalki ma za sobą rozegrany 30 października wymagający ćwierćfinał.
Wszystko rozstrzygnie się przy własnym serwisie
Pekin, 3 października, to najświeższa i najważniejsza wskazówka. Rachimowa od pierwszych gemów rozbijała rytm serwisowy Fernandez, Kanadyjka podniosła się w drugim secie, ale nie przeniosła tego na decydującą partię. Rachimowa zachowała spokój w długich gemach i zamknęła mecz przełamaniem.
Nie wyciągałbym z tego zbyt daleko idących wniosków. Pekin mówi, że Rachimowa potrafi sprawić, by Fernandez źle czuła się przy podaniu, i potrafi wytrzymać jej odrabianie strat. Od tamtej pory Kanadyjka zagrała jednak finał w Ningbo i wygrzebała się z kłopotów z Mertens, więc trudno uznać, że czas zatrzymał się na początku miesiąca.
Fernandez sama mówi, że jej styl to odbieranie rywalkom czasu. Dodaje też, że uczy się rozpoznawać, kiedy niedoskonały atak trzeba zneutralizować, przejść do obrony albo skontrować. W Pekinie przegrała właśnie dlatego, że straciła kontrolę nad pierwszymi uderzeniami i musiała szukać ataku z niewygodnych pozycji.
Najciekawsze będzie zderzenie serwisu z returnem, a nie pojedynek na siłę uderzeń. Obie mają dziś mocniejszy return niż podanie: Fernandez nieraz ratowała returnem nieudane gemy serwisowe, a Rachimowa męczyła się z podwójnymi błędami z Aleksandrową. Wygra prawdopodobnie ta, która po przełamaniu zdoła utrzymać przewagę, zamiast oddać ją w kolejnym gemie.
Żadnej z nich nie można nazwać kruchą psychicznie i żadna nie daje gwarancji, że wczesne prowadzenie zakończy sprawę. Fernandez ma zmienność kierunków i doświadczenie ciężkich tygodni, Rachimowa ma świeżą pewność siebie po meczu z Joint i pamięć z Pekinu. Największą niewiadomą zostaje lewa ręka Kanadyjki, a o niej przed meczem wiadomo najmniej.

Czasem się mylę. Dziś raczej nie.












