Paul kontra Alcaraz w Wiedniu: wrześniowa lekcja i nowe pomysły
Ćwierćfinał turnieju ATP 500 w Wiedniu, korty kryte, 30 października. Naprzeciw siebie staną Tommy Paul, rozstawiony z numerem 7 i 14. w rankingu ATP, oraz Carlos Alcaraz, trzeci tenisista świata, który gra tu z dziką kartą i numerem 2. Intryga jest prosta: Paul przyjeżdża na fali najlepszego tenisa od tygodni, a Alcaraz wygrywa, choć jego mecze wciąż mają za dużo zakrętów.
Obaj mają w nogach mecze z 29 października i żaden nie dostanie dnia przerwy. Nad tym spotkaniem wisi jeszcze wrześniowe US Open, po którym Paul sam przyznał, że jego stare sposoby na Alcaraza przestały działać.
Paul gra z głową, ale ma za sobą długą jesień
W Wiedniu Paul wygląda na zawodnika, który wie, czego chce. Z Andriejem Rublowem pierwszy set był wyrównany, potem Amerykanin coraz wyraźniej przejmował kort. Kluczem była korekta w trakcie meczu: szeroki serwis Rublowa wyciągał go poza kort, więc Paul skrócił drogę do piłki. „Starałem się ją przeciąć i wbić dużo returnów w kort” – tłumaczył.
Z Luciano Darderim kontrolował wszystko od pierwszych wymian i nie oddał inicjatywy także w drugim secie. Darderi stawiał niewielki opór, więc był to raczej sprawdzian czystego wykonania niż charakteru. Ważniejsze jest to, jak mało falował poziom Paula, gdy już prowadził. Do tego dochodzi krótkie zdanie, którym zawodnik rzadko się dzieli: „Lubię tutejszą nawierzchnię”.
Porażki z ostatnich tygodni nie świadczą o tym, że przyjechał w kryzysie. W półfinale w Lyonie Taylor Fritz mówił o „super, super wysokim poziomie”. Paul miał szanse na wygranie drugiego seta, ale rywal raz po raz wychodził z opresji serwisem. Wcześniej, w męczącym meczu z Corentinem Moutetem, Paul cierpliwie chodził do siatki, aż Francuz zaczął się wyraźnie irytować.
Najpoważniejsze ostrzeżenie przyszło z Szanghaju. Z Daniłem Miedwiediewem Paul zagrał natchnioną środkową część meczu, ale w decydującym secie zawiodło go pierwsze podanie, a niewymuszonych błędów przybywało. Rosjanin coraz pewniej rządził długimi, wyniszczającymi wymianami. Z tego samego turnieju jest jednak obraz bardziej krzepiący: z Zizou Bergsem, który zagrał lepiej, niż Paul się spodziewał, Amerykanin świadomie studził emocje przy zagrożonych gemach serwisowych.
Motywacji mu nie brakuje. Goni awans do pierwszego w karierze Turynu, choć wygrana w Wiedniu niczego mu sama nie zagwarantuje. Żeby zachować szanse, dopisał do kalendarza turniej, który zwykle by opuścił. Mimo to zapewnia: „Mentalnie wciąż mnie to cieszy”. Pytanie, czy jesień, która jemu daje radość, nie wystawi w końcu rachunku jego nogom.
Alcaraz: zachwyca, a potem sam otwiera rywalom drzwi
Alcaraz ocenia się trzeźwo. Mówi, że jest zadowolony ze swojego poziomu, ale po przerwie w sezonie wciąż potrzebuje meczów, treningów z mocnymi rywalami i ciągłości. To nie jest zawodnik, który szuka swojego tenisa. To zawodnik, który próbuje go powtarzać dzień po dniu.
Wiedeń pokazał obie strony tego procesu. W meczu otwarcia z Karenem Chaczanowem nie wykorzystał piłek meczowych pod koniec drugiego seta. Odrobił stratę, gdy rywal podawał na seta, a potem odrobił też wczesną stratę w tie-breaku. Z Nikolozem Basilaszwilim schemat był podobny: najpierw pełna dominacja, w połowie drugiego seta błędy i stracone przełamanie, na koniec długi tie-break z obronioną piłką setową.
„Pozwoliłem mu wrócić do meczu” – przyznał Alcaraz po spotkaniu z Gruzinem. Zaraz dodał, że cieszy go to, jak walczył. Basilaszwili nie był przy tym rywalem bez formy: przyjechał po udanych występach w Azji i finale w Ałmaty. Problem pozostaje jednak ten sam. Dwa wiedeńskie mecze, w obu drugi set wymknął się spod kontroli, a w obu Alcaraz ratował się tie-breakiem.
Finał w Tokio z Jirim Lehecką pokazał, że Hiszpan potrafi myśleć w trakcie wymiany. Przestał karmić Czecha równymi, mocnymi piłkami na wygodnej wysokości. Grał niskie slajsy, wysokie bekhendy, krótkie kąty i zmiany tempa, a do tego atakował drugi serwis rywala. Trener Hugh Clarke pisał, że Alcaraz potrafi przemienić swoją grę w taki styl, jakiego akurat wymaga mecz.
Kontrprzykładem jest Szanghaj. Bergs dobrze serwował, regularnie dobierał się do gemów serwisowych Alcaraza i wygrał tie-break, choć Hiszpan wcześniej przełamał go, gdy Belg podawał na mecz. Miejscowa prasa opisywała wtedy irytację Alcaraza piłkami i brak czucia. W Wiedniu tego nie widać: zamiast frustracji jest przegrupowanie i dalsza ofensywa, nawet przy piłce setowej przeciwko sobie.
Awans do Turynu Alcaraz ma już zapewniony. W Wiedniu chce zdobyć pierwszy tytuł i nabrać rytmu przed końcówką sezonu, a jego seria bez porażki w turniejach tej rangi wciąż trwa. W boksie siedzą Samuel López i Álvaro Alcaraz. Juan Carlos Ferrero powiedział 29 października, że nie odnowili jeszcze kontaktu, ale „nigdy nie będzie życzył Carlosowi porażki”. Nic nie wskazuje na to, by miało to wpływ na grę.
Wszystko zaczyna się od serwisu Paula
Wrześniowy mecz na US Open to jedyny punkt odniesienia z tego sezonu. Alcaraz wygrał bez straty seta i awansował do ćwierćfinału. Paul zaczął ofensywnie, ale return rywala odwrócił przebieg spotkania. W środkowym secie Amerykanin odrobił wczesne przełamanie, a mimo to ważne fragmenty i tak należały do Hiszpana. Decydował stały nacisk na gemy serwisowe Paula.
Paul rozłożył tamtą porażkę na czynniki pierwsze. Jego bekhendowy slajs po krosie przestał zatrzymywać Alcaraza w wymianie z bekhendu: jeśli nie był znakomity, Hiszpan obiegał piłkę i przejmował inicjatywę forhendem. Paul zauważył też, że rywal poprawił return i drugi serwis. To diagnoza, a nie komplement, i od niej wiele dziś zależy.
W wiedeńskiej hali kluczowe będzie drugie podanie Paula. Jeśli Alcaraz znowu będzie regularnie wchodził w wymiany przy jego serwisie, Amerykanin od razu znajdzie się w defensywie. Pierwsze uderzenie po podaniu musi mu dawać pozycję, a nie kazać biegać. W gemach returnowych samo trzymanie piłki w korcie nie wystarczy. Return musi być na tyle głęboki, żeby odebrać Alcarazowi forhend i wczesną zmianę kierunku.
W wymianach widać ciekawe napięcie. Slajsy i krótkie kąty, którymi Alcaraz rozbił Lehecką, wyciągną Paula do przodu, a tam Amerykanin czuje się jak u siebie: przy siatce, w przejściu, w grze z czuciem. Zmiana geometrii, która w Tokio była atutem, tutaj działa w obie strony. Paul z kolei powinien zmieniać kierunki i kończyć akcje przy siatce, a nie przepychać się z Hiszpanem z linii końcowej.
Nie warto zakładać, że hala oznacza szybki kort. Basilaszwili ocenił w tym tygodniu, że warunki są „dość wolne”, choć to subiektywne odczucie, a nie pomiar. Wolniejsza nawierzchnia daje więcej czasu na obronę Alcarazowi, ale także na podejście Paulowi. Rodzi też pytanie z Szanghaju: czy pierwsze podanie Amerykanina przetrwa długie wymiany w trzecim secie.
O siły trudno wyrokować. Żaden z nich nie zgłaszał urazów. Mecz Paula z Darderim był wyjątkowo krótki, Alcaraz więcej wysiłku włożył w drugi set z Basilaszwilim. Za to Paul ma w nogach długą jesień, a Alcaraz jest po przerwie świeższy niż zwykle o tej porze roku, choć mniej ograny. Świeżość i rytm meczowy ciągną tu w przeciwne strony.
Warto zwrócić uwagę na trzy rzeczy. Pierwsza: czy Paul znów szybko rozwiąże niewygodny wzór serwisowy, jak w meczu z Rublowem. Druga: czy Alcaraz utrzyma porządek po zdobyciu przewagi, bo w Wiedniu dwa razy z rzędu pozwolił rywalowi wrócić w drugim secie. Trzecia, najtrudniejsza do zważenia: czy wrześniowa lekcja zostawi w Paulu wahanie, czy raczej zmusi go do odważniejszej zmiany planu. Tego przed pierwszą piłką nie wie nikt, łącznie z samym Paulem.

Polubienie jak słońce po deszczu. Znajdzie się?











