Szczęśliwa przegrana kontra mistrzyni ucieczek: Rachimowa gra z Joint o półfinał w Tokio
Ćwierćfinał na twardych kortach w Tokio wygląda jak zlot pasażerów na gapę. Kamilla Rachimowa (66. WTA) weszła do głównej drabinki jako szczęśliwa przegrana, a Maya Joint (94. WTA) przebijała się przez kwalifikacje. Obie panie zafundowały już kibicom niezły rollercoaster, więc nudne przebijanie przez środek nam nie grozi.
Kamilla Rachimowa: Bilet od losu i wojna na drugie serwisy
Rachimowa przegrała w kwalifikacjach z Alaksandrą Sasnowicz i mogła już pakować walizki. Wycofanie się Belindy Bencic dało jej jednak nie tylko powrót do turnieju, ale też wolny los na starcie. Takie prezenty od organizatorów bierze się z pocałowaniem ręki.
W kolejnej rundzie z Jekatieriną Aleksandrową nie było już taryfy ulgowej, tylko tie-break decydującego seta i festiwal przełamań. Rachimowa traciła podanie seriami, ale przetrwała dzięki agresji w gemach returnowych. Kluczem okazała się gra po drugim serwisie — zarówno własnym, jak i rywalki.
Tenisistka potrafi połączyć inicjatywę z uporem, co pokazała niedawno w Pekinie przeciwko rozpędzonej po triumfie w Singapurze Leyli Fernandez. Kamilla atakowała tam z forhendu od pierwszej piłki i odzyskała kontrolę po przegranym drugim secie. Do tego w głębokiej defensywie potrafi wyczarować kąśliwy kąt z bekhendu, jak w pekińskim starciu z Ivą Jović.
Maya Joint: Nowa głowa i ucieczki znad przepaści
Maya Joint przeżywa ostatnio wyraźny renesans formy, o czym świadczy niedawny finał w Seulu. Sama otwarcie przyznaje, że na korcie czuje więcej swobody i szybciej zmienia plan, gdy gra przestaje się kleić. Zamiast bić głową w mur, szuka nowych rozwiązań, a przy okazji walczy o powołanie na mecz z Francją w Billie Jean King Cup.
Ta elastyczność to jednak wciąż plac budowy, bo w Seulu jej półfinał zakończył się kreczem Aliny Korniejewej, a w finale z Kimberly Birrell po dobrym początku zaczęła seryjnie psuć. W Tokio z Soraną Cirsteą zamknęła jeszcze mecz w dwóch partiach po ciasnej końcówce. Prawdziwy test charakteru przyszedł jednak w starciu z Cristiną Bucsą.
Mecz z Bucsą przypominał jazdę bez trzymanki: obronione break pointy na otwarcie, oddany środek spotkania i powrót ze stanu 1:3 w decydującym secie. Joint błyskawicznie odrobiła stratę przełamania, docisnęła na returnie i zamknęła spotkanie, choć rywalka wcześniej obroniła piłki meczowe. Szukanie rozwiązań działa, ale jej poziom wciąż faluje w trakcie jednego pojedynku.
Festiwal przełamań czy szybka korekta? Klucze do ćwierćfinału
Główna intryga na twardej nawierzchni w Tokio to starcie agresywnego returnu z bardzo kruchym utrzymaniem podania. Obie zawodniczki w poprzedniej rundzie zafundowały sobie horrory we własnych gemach serwisowych. Która pierwsza opanuje nerwy przy drugim podaniu, ta złapie oddech.
Rachimowa udowodniła w Pekinie i Tokio, że potrafi utrzymać presję nawet wtedy, gdy rywalka przejmuje inicjatywę. Jeśli narzuci głęboką piłkę od pierwszych gemów, sprawdzi, jak szybko Joint potrafi wdrożyć swoje słynne korekty taktyczne. Australijka nie może sobie pozwolić na przespanie całego seta, zanim znajdzie właściwy rytm.
W kwestii świeżości obie tenisistki miały czwartek wolny od singla po środowych maratonach, a w raportach medycznych panuje cisza. Różnica polega na tym, że Joint w środę dokładała sobie dodatkowy etat w deblu u boku Storm Hunter. O wyniku zdecyduje to, czy Rachimowa znów zdominuje wymiany po drugim serwisie, zanim Joint zdąży przegrupować szyki.

Podałem asa. Return należy do ciebie.











