Berrettini kontra Jacquet w Lyonie: potężne podanie zderzy się z lokalnym entuzjazmem
Zapomnijcie o wiosennej mączce w Lyonie, bo przenosimy się pod dach LDLC Areny na zupełnie nowy turniej halowy na twardej nawierzchni. W pierwszej rundzie 43. w rankingu ATP Matteo Berrettini sprawdzi, ile warta jest jesienna przemiana 85. na świecie Kyriana Jacqueta. Włoch przyjeżdża z potężnym serwisem i głową pełną znaków zapytania, a Francuz przeszedł kwalifikacje i gra dosłownie kilka kroków od swojej bazy treningowej.
Armata Berrettiniego strzela bez zarzutu, ale nerwy wciąż płatają figle
Ostatni występ Berrettiniego w Szanghaju przeciwko Brandonowi Nakashimie to klasyczny pokaz siły podania, które samo meczu jednak nie wygra. Serwis trzymał Matteo w grze, ale gdy trzeba było wejść w dłuższą wymianę, brakowało wyczucia, a forhend posypał się już w otwierającym tie-breaku. Końcówka drugiego seta przyniosła proste błędy, podwójny błąd serwisowy oddający przełamanie i efektownie połamaną rakietę na do widzenia.
Żeby jednak nie robić z Włocha tenisowego wraku, runda wcześniej z Aleksandarem Kovacevicem wyglądała zupełnie inaczej. Po przegranym pierwszym tie-breaku, w którym znów przeszkodziły podwójne błędy, Berrettini zresetował głowę, szybko przełamał w decydującym secie i nie oddał ani jednego break pointa w całym spotkaniu. Kiedy podanie siedzi, a głowa nie przeszkadza, rywale wciąż mogą tylko odprowadzać piłki wzrokiem.
Problem w tym, że pewność siebie Matteo bywa ostatnio krucha jak lód na wiosnę i za bardzo zależy od wyniku na tablicy. W Tokio z Danielem Vallejo miał na widelcu pierwszego seta i świetną sytuację w tie-breaku, by po niewykorzystanych szansach zaliczyć zapaść przeciwko solidnemu rywalowi. Wcześniejszy powrót z Alejandro Davidovichem Fokiną po fatalnym pierwszym secie pokazał wprawdzie charakter, ale rywal miał już w nogach trudy poprzedniego turnieju.
Sam Berrettini po azjatyckim tournée studzi emocje i zapewnia w wywiadach, że fizycznie oraz tenisowo czuje się dobrze. Owszem, zmarnowane okazje pieką, ale Włoch jest zdrowy, głodny gry i walczy o rozstawienie w Australian Open, choć nie robi z rankingu sprawy życia i śmierci. Prasa spekuluje też o jego przydatności dla kadry w Pucharze Davisa, więc motywacji pod dachem w Lyonie mu nie zabraknie.
Jacquet przestał kalkulować i gra jak u siebie w salonie
Kyrian Jacquet wszedł do głównej drabinki w Lyonie przez kwalifikacje, choć organizatorzy nie podarowali mu dzikiej karty i musiał swoje wybiegać. Najpierw odprawił Saschę Gueymarda Wayenburga, a potem zgarnął seta z Michaelem Mmohem, zanim rywal skreczował. Podopieczny Stéphane'a Roberta ma już za sobą przetarcie na tych kortach, a wcześniejszy krecz przeciwnika sprawił, że nie stracił zbyt wiele sił.
Francuz w wywiadzie dla L’Équipe rzucił krótko, że wcześniej brakowało mu śmiałości, i tę nową odwagę widać było podczas jesiennych startów w Azji. W Tokio przeciwko Luciano Darderiemu od pierwszej do ostatniej piłki dyktował warunki agresywnymi uderzeniami z głębi kortu i świetnym podaniem, nie pozwalając rywalowi nawet pomyśleć o przejęciu inicjatywy. Wcześniej bardzo profesjonalnie wypunktował też Holgera Rune, choć tam rozregulowany przeciwnik sam mocno ułatwił zadanie.
Ta nowa, odważna wersja Jacqueta ma już solidne fundamenty, co potwierdził mecz z Fabianem Marozsanem w Hangzhou. Kyrian obronił tam piłki setowe w długim tie-breaku, a potem z zimną krwią zakończył mecz przy własnym podaniu i chwalił własne nastawienie mentalne. Dopiero Andriej Rublow w kolejnej rundzie okazał się przeszkodą nie do przejścia, odjeżdżając Francuzowi po wyrównanym początku pierwszego seta.
Oczywiście nie jest tak, że Jacquet nagle zamienił się w maszynę bez wad, co boleśnie wytknął mu Jaume Munar w Tokio. Francuz nie wykorzystał tam wczesnych szans na przełamanie, a po zmarnowanej okazji w gemie returnowym na starcie drugiego seta sam stracił kontrolę nad własnym podaniem. W kwalifikacjach w Szanghaju z Reiem Sakamoto z kolei odrobił stratę seta i miał piłkę meczową w decydującym tie-breaku, ale ostatecznie wypuścił zwycięstwo z rąk.
Serwis Berrettiniego kontra odwaga gospodarza pod dachem w Lyonie
Kluczowe pytanie na ten mecz brzmi prosto: czy Jacquet zdoła w ogóle wejść w wymianę przy bombach serwisowych Berrettiniego? Zadaniem Francuza na returnie nie będzie szukanie efektownych zagrań kończących, tylko zneutralizowanie pierwszego uderzenia Włocha i zmuszenie go do biegania. Jak pokazał mecz z Nakashimą, gdy Berrettini nie kończy akcji w dwóch ruchach i trzeba precyzyjnie przebijać z głębi kortu, zaczynają się dla niego schody.
Jacqueta nie wolno jednak traktować wyłącznie jako ściany do odbijania, bo jego ostatnie występy to przede wszystkim chęć przejmowania inicjatywy i bardzo solidny własny serwis. Obaj mają też za sobą sinusoidę w ciasnych końcówkach, bo Berrettini potrafił podnieść się z Kovacevicem i rozsypać z Vallejo, a Jacquet przeplatał stalowe nerwy w Hangzhou z wypuszczonym meczbolem w Szanghaju. O tym, kto lepiej zniesie pierwszy zmarnowany break point albo przegranego tie-breaka, zadecyduje dyspozycja dnia, a nie nazwisko na koszulce.
Obaj tenisiści przystępują do gry bez żadnych zgłoszonych urazów, za to z zupełnie innym bagażem przygotowań. Berrettini nie grał meczu od występów w Szanghaju, podczas gdy Jacquet zdążył już poczuć specyfikę twardego kortu w LDLC Arenie. Na dodatek dla Francuza to mecz na własnym podwórku w najbardziej dosłownym sensie, bo na co dzień trenuje w pobliskim All In Country Club, co dodaje temu starciu dodatkowego smaczku.

Obiecałem widowisko i dowiozłem. Rewanż?












