Fernandez i Mertens znów naprzeciw siebie. Rewanż za Ningbo przyszedł szybciej, niż ktokolwiek planował
Jesienny kalendarz WTA lubi takie żarty. Ledwie Leylah Annie Fernandez i Elise Mertens zeszły z kortu w Ningbo po meczu, który rozstrzygnął się w ostatnich gemach decydującego seta, a już los zestawił je ponownie, tym razem w drugiej rundzie Toray Pan Pacific Open w Tokio. Mertens jest tu rozstawiona z numerem 5 i zajmuje 14. miejsce w rankingu, Fernandez jest 23. Na twardych kortach w Tokio obie mają za sobą wygrane z japońskimi zawodniczkami, a przed sobą pytanie, kto lepiej zapamiętał tamten wieczór w Chinach.
Intryga jest prosta, choć jej rozwiązanie wcale takie nie będzie. Fernandez przyjeżdża po finale w Ningbo, zmęczona długim tygodniem i z nowym problemem z lewą ręką. Mertens ma za sobą dłuższą przerwę, ale także niedawno zgłoszoną kontuzję z Wuhan. Mecz zaplanowano na 29 października.
Fernandez, czyli sztuka wstawania z kolan
Jesień Fernandez zaczęła się na dobre w Singapurze. Spokojnie pokonała tam Mirrę Andreevą, odwróciła mecz z Mają Chwalińską, wybroniła piłki setowe przeciwko Talii Gibson i sięgnęła po tytuł, w finale już wyraźnie panując nad grą. To pewność siebie zbudowana z różnych rodzajów kłopotów, a nie z łatwej drabinki.
Ningbo dopisało do tej historii kolejne rozdziały. Z Mertens Fernandez przegrała gładko pierwszego seta, wróciła do gry i przetrwała moment, w którym rywalce brakowało już tylko utrzymania podania do zwycięstwa. Z Alexandrovą długo nie potrafiła nic zdziałać na returnie, a potem nagle zaczęła czytać jej serwis i przejęła wymiany. Trzeba uczciwie dodać, że Alexandrova sama coraz częściej się myliła, ale Fernandez nie czekała biernie na prezenty.
Półfinał z Bouzkovą wyglądał w protokole na spokojny, choć spokojny nie był. Fernandez grała ostrymi kątami i zmianami kierunku po linii, ale raz za razem nie potrafiła potwierdzić przełamania, oddała prowadzenie w drugim secie i musiała odebrać rywalce podanie, gdy ta serwowała o przedłużenie meczu. Sama przyznała: „Może nie najlepszy tenis, trochę za dużo błędów”, i zrzuciła część z nich na półfinałowe nerwy.
W finale Rybakina pokazała jej granice. Mocny serwis i atak od pierwszej piłki zepchnęły Fernandez do defensywy, wczesne szanse przepadły, a gdy rywalka złapała rytm, Kanadyjka już nie odzyskała pozycji na korcie. Po meczu nie popadła w czarne myśli: „Mamy dobry koniec roku. Musimy iść dalej i ciężko pracować”.
Ta pogoda ducha ma swoje źródło. Fernandez chwali komunikację w zespole, między nią, ojcem Jorge i Erikiem Hechtmanem, którego taktyczne podpowiedzi w ważnych momentach uznaje za szczególnie cenne. Podkreśla też, że tym razem to cała seria udanych turniejów, a nie pojedynczy jesienny przebłysk.
Nie jest to jednak opowieść bez zakrętów. W Pekinie jej podanie rozsypało się w meczu z Kamillą Rakhimovą, a w Wuhan, po świetnym odwróceniu słabego pierwszego seta z Ostapenko, znów oddała inicjatywę i natychmiast straciła odrobione przełamanie. Odporność Fernandez jest dziś dobrze udokumentowana, równa forma od pierwszej do ostatniej piłki już nie.
W Tokio zaczęła od skupionego, czystego meczu z Himeno Sakatsume. Popełniała mniej błędów niż rywalka i dobrze rozegrała ważne momenty, choć to nie był sprawdzian tej miary co ostatnie. Tego samego dnia wycofała się jednak z debla, a w oficjalnej drabince jako powód wpisano lewą rękę.
Mertens między pekińskim szczytem a niedokończonym Ningbo
Gdy myśli się o Mertens, łatwo sięgnąć po etykietę solidnej, regularnej zawodniczki. Pekin pokazał coś więcej. Pokonała tam Gauff, po raz pierwszy w szóstym spotkaniu, a w ćwierćfinale ograła Świątek w meczu, który WTA opisała jako niemal bezbłędny. Jej serwis nie pozwolił rywalce na długi napór na returnie, tie-break pierwszego seta należał całkowicie do niej, a ostatni gem serwisowy rozegrała bez drżenia ręki.
Sama skomentowała to skromnie: „Czasem po prostu wrastasz w turniej”. Pekin rzeczywiście rósł z rundy na rundę, ale zaczynał się nerwowo. Z Volynets roztrwoniła wysokie prowadzenie i ratowała się w decydującym secie, z Ostapenko też musiała gonić wynik w trzeciej partii. Z kolei Gauff, którą zamknęła już pewnie, była według WTA wyraźnie wyczerpana i miała problemy fizyczne.
Potem przyszła seria przerw w opowieści. W Wuhan Snigur przejęła inicjatywę agresywną grą, a Mertens nie wykorzystała szans na powrót. Później ujawniła: „Doznałam urazu podczas wczorajszego meczu singlowego i nie mogłam grać na pełnych obrotach”. Wycofała się z debla, by odpocząć po ciężkim Pekinie, nie podając, której części ciała dotyczył uraz.
Ningbo zabolało najbardziej, bo odpadła w pierwszym meczu po spotkaniu, które długo kontrolowała. Zaczęła lepiej od Fernandez, w decydującym secie znów wypracowała pozycję zwycięską i właśnie wtedy kontrola jej się wymknęła. Belgijskie Tennisplaza pisało przede wszystkim o zmarnowanych szansach, i to zamykanie meczu pod presją returnu jest tu prawdziwym tematem.
Tokio zaczęła porządnie. Z Moyuką Uchijimą pierwszy set był długo wyrównany, aż Mertens przełamała rywalkę w połowie partii i dowiozła przewagę. W drugim secie od razu przejęła inicjatywę i nie pozwoliła Japonce rozkręcić oporu. Jej trenerem pozostaje Christopher Heyman, któremu dedykowała pekiński sukces, a w deblu w Tokio jej nie ma, więc całą energię zostawia na singla.
Kto ma piłkę po returnie, ten ma mecz
Najważniejsze starcie rozegra się w gemach serwisowych Mertens, a dokładniej w drugim i trzecim uderzeniu po returnie Fernandez. Kanadyjka zmienia przebieg meczów, gdy zaczyna atakować na returnie i przeciągać gemy rywalki, nawet jeśli jej własne podanie się chwieje. Mertens w Pekinie pokazała, że potrafi taki wzór zdusić w zarodku, gdy serwis i pierwsze zagranie po nim pracują razem.
Fernandez ma też sprawdzony pomysł na solidne rywalki: kąty i zmiany kierunku, by nie testować przeciwniczki wciąż tym samym schematem. Działało to z Bouzkovą i można sobie wyobrazić, że zadziała z Mertens. Z kolei Mertens nie jest skazana na pasywność. Ze Świątek i z Uchijimą grała ofensywnie, pytanie brzmi tylko, czy utrzyma to, gdy rywalka zacznie podgryzać jej przewagę.
Jedynym świeżym punktem odniesienia w bezpośrednich spotkaniach jest Ningbo, gdzie w trzech setach wygrała Fernandez. To jednak raczej mapa pułapek niż akt własności. Fernandez wie, że potrafi wrócić przeciwko tej rywalce, Mertens wie, że potrafi wypracować pozycję do zwycięstwa. Czy któraś przyniesie z tamtego meczu pewność siebie, a któraś frustrację, tego nie sposób dziś rozstrzygnąć.
Wątek fizyczny przypomina jesienną pogodę: wiadomo, że coś wisi w powietrzu, ale nie wiadomo, czy spadnie deszcz. Fernandez ma w nogach cały tydzień w Ningbo z kilkoma decydującymi setami i problem z lewą ręką. Mertens miała dłuższy odpoczynek, ale nie wiadomo, czy uraz z Wuhan całkiem minął. Długi, trzysetowy mecz byłby więc testem nie tylko charakteru, ale i regeneracji.
Żadna z nich nie gra u siebie i obie mają już za sobą mecz z miejscową zawodniczką, więc o szczególnym wsparciu trybun trudno coś powiedzieć. Szukając klucza, warto patrzeć na trzy rzeczy: czy Fernandez potwierdza swoje przełamania, czy Mertens utrzymuje inicjatywę po returnie i czy w końcówce decydującego seta któraś znów zadrży. Przyznaję, że po Ningbo nie umiem wskazać, która częściej trzyma nerwy na wodzy, i to właśnie czyni ten rewanż tak ciekawym.

Czasem się mylę. Dziś raczej nie.












