Boulter i Siniakova w półfinale Osaki: obie odnalazły rytm, wygra ta, która pierwsza uderzy
Turniej w Osace doszedł do półfinału i zestawił dwie tenisistki, które przyjechały do Japonii raczej szukać formy niż ją potwierdzać. Katie Boulter, rozstawiona z numerem 8 i notowana na 58. miejscu w rankingu WTA, zmierzy się z Kateriną Siniakovą, 86. zawodniczką świata. Obie z każdym meczem grają tu lepiej. Pozostaje pytanie, czy to trwała zmiana, czy po prostu jeden udany tydzień na twardym korcie.
Katie Boulter: tydzień, w którym znów znajduje wyjście
Do Osaki Boulter przyjechała bez rozpędu. W Wuhan przegrała z Shnaider. Pierwszy set był wyrównany, potem jej serwis zaczął się sypać. Bardziej niż sama porażka martwiło to, że Brytyjka umiała nawiązać walkę, ale nie potrafiła utrzymać poziomu.
W tle był też smutek spoza kortu. Niedawno zmarł dziadek Boulter, ważny kibic jej kariery, a ona sama mówiła o bardzo trudnym tygodniu. Trzeba to wiedzieć, ale nie należy z tego od razu robić dodatkowej motywacji. Każdy taki ciężar nosi się inaczej.
Pierwszy mecz w Osace, z Sakatsume, przerwał deszcz i spotkanie rozciągnęło się na dwa dni. Wynik wygląda gładko, ale podanie Boulter było regularnie pod presją. Ona sama podkreślała, że po przerwie musiała od nowa odbudować skupienie. To był mecz o cierpliwość, a dopiero potem o tenis.
Z Golubic przyszedł najczystszy występ tygodnia: awans do ćwierćfinału w 58 minut. To najmocniejszy dowód, że Boulter nie tylko przetrwała kolejne rundy. Problem w tym, że tej płynności nie przeniosła do następnego meczu.
Z Ruzic długo nie potrafiła zrobić rywalce krzywdy. Ruzic grała swobodnie, a Boulter przegrywała już set i przełamanie. Odwróciła losy meczu, ale przy podaniu na mecz dała się przełamać i musiała zebrać się jeszcze raz. Przyznała, że trochę dopisało jej szczęście, i dodała: „Starałam się być twarda i znaleźć sposób”.
Ten cytat dobrze opisuje jej obecną formę. Boulter znów znajduje rozwiązania, choć nie zawsze od razu znajduje swój najlepszy tenis. Przed półfinałem najważniejsze jest więc to, czy zacznie od lepszej wersji siebie, czy znów będzie potrzebowała seta na rozruch.
Katerina Siniakova: od chaosu do coraz pewniejszej kontroli
Ostatnie mecze Siniakovej na twardych kortach mają ten sam rytm: słaby początek, potem odrodzenie. Na US Open z Naomi Osaką długo zawodziły ją serwis i forhend. Później wyraźnie się poprawiła, a bekhend po linii stał się jej bronią w ataku. Decydujący set był bardziej wyrównany, niż sugeruje wynik, ale pogoni nie udało się dowieźć do końca.
Otwarcie w Osace nie zapowiadało niczego wielkiego. Ze Stearns Siniakova obroniła przewagę w pierwszym secie, w drugim kompletnie się pogubiła, a w trzecim odzyskała kontrolę. Wtedy Stearns, po wizycie fizjoterapeuty, skreczowała z powodu kłopotów z nogą. Uraz był problemem Amerykanki, ale skreczu nie można traktować jak pełnego, rozstrzygniętego na korcie meczu.
Z Linette było już lepiej. Siniakova nie potwierdziła pierwszego przełamania, ale odpowiedziała mocniejszym returnem, wzięła seta i szybko przejęła drugi. Powtórzyła też udany mecz z Linette z Pekinu. Czeska prasa zauważyła jednak, że Linette od kilku miesięcy jest w kryzysie.
W ćwierćfinale gładko pokonała kwalifikantkę Stoianę, która przeżywała w Osace swój przełomowy turniej. To pierwszy półfinał Siniakovej od 13 miesięcy i pierwszy w tym sezonie w singlu tak późny etap turnieju. Sukcesy w deblu to osobna historia. Tu chodzi o odbudowę gry pojedynczej.
Siniakova jest świeższa po krótkim ćwierćfinale, ale cały azjatycki wyjazd wcale nie był dla niej lekki. Przed Osaką grała w finałach debla w Pekinie i w Wuhan. Zhang Shuai mówiła po pekińskim finale, że Siniakova czuła się wtedy bardzo źle. Nic nie wskazuje, że to wciąż jej przeszkadza, a w Osace nie zgłoszono żadnego urazu.
Która pierwsza uderzy, ta zacznie dyktować warunki
Najlepiej ten mecz zapowiedziała sama Boulter: „Wiem, czego się spodziewać. Zdecyduje to, kto pierwszy uderzy”. Przyznała też, że Siniakova „bardzo dobrze rozkręca się w tym tygodniu”. Dodała, że nie ma nic do stracenia. To jednak deklaracja nastawienia, a nie gwarancja spokoju, gdy w secie zrobi się ciasno.
Nie warto więc widzieć w tym meczu prostego starcia atakującej z broniącą się. Wiele rozstrzygnie początek wymiany: serwis, return i kolejne uderzenie. Od nich zależy, która z zawodniczek będzie grała z wygodnej pozycji. Mecz z Ruzic pokazał Boulter, że sama siła nie wystarczy, jeśli rywalka spokojnie przyjmuje tempo i odsyła piłkę w inne miejsce.
Tu przyda się Siniakovej umiejętność zmiany kierunku. Bekhend po linii potrafi zamienić obronę w atak i przerwać przewidywalną wymianę z głębi kortu. Trzeba jednak pamiętać, że w gorszych fazach jej serwis i forhend tracą pewność. To raczej możliwość taktyczna niż pewnik.
Obie potrafią naciskać na returnie. Siniakova regularnie łamała Linette, a powrót Boulter w ćwierćfinale opierał się na odbieraniu inicjatywy, a nie tylko na pilnowaniu własnego podania. Żadna z nich nie dała jednak w tym tygodniu powodu, by sądzić, że jedno przełamanie zamyka seta. Ważniejszy od samego przełamania będzie kolejny gem.
O wcześniejszych meczach obu tenisistek wiadomo tylko tyle, że Boulter mówi, iż wie, czego się spodziewać. Fizycznie żadna nie zgłasza problemów. Boulter ma w nogach długi ćwierćfinał i tydzień rozbity przez deszcz. Siniakova grała krócej, ale wcześniej dźwigała deblowe finały.
Uczciwie trzeba przyznać, że trudno wskazać tu wyraźną faworytkę. Boulter ma rozstawienie, wyższy ranking i świeży dowód, że potrafi wyjść z opresji. Siniakova ma za sobą coraz spokojniejsze mecze i własny sposób na szybkie wymiany. Prawdopodobnie zwycięży ta, która od pierwszego gema będzie sobą, zamiast szukać formy w trakcie meczu.

Mecze mijają, notatki zostają. Zostawcie swoją.










