Yamalapalli – Waltert: pożegnanie Chennai i pytanie o to, kto dowiezie przewagę
Chennai żegna się z kalendarzem WTA. To ostatnia edycja turnieju, zanim jego termin przejdzie gdzie indziej, więc mecz otwarcia między Sahają Yamalapalli a Simoną Waltert ma w sobie trochę z ostatniego wieczoru przed wyprowadzką. Na papierze dzieli je przepaść: 369. i 128. miejsce w rankingu. Na korcie obie od tygodni zmagają się z tym samym kłopotem. Potrafią wywalczyć sobie dogodną pozycję, ale gorzej idzie im jej utrzymanie.
Yamalapalli: walczy do końca, gorzej z domykaniem
Yamalapalli dostała dziką kartę do turnieju w domu, a dla zawodniczki, która na co dzień gra w cyklu ITF, to okazja rzadka jak deszcz w porze suchej. W tygodniu turnieju agencja PTI oceniła chłodno, że jej postęp na poziomie ITF nie przekłada się jeszcze na skuteczną grę z mocniejszymi rywalkami. Tę uwagę warto mieć w pamięci bardziej niż pojedyncze udane wyniki.
W Bakersfield, w meczu z Natalie Kha, pokazała obie swoje twarze. W pierwszym secie raz po raz wychodziła z opresji przy własnym podaniu. W drugim odrobiła stratę, wyszła na prowadzenie i oddała inicjatywę. Najlepsze przyszło potem: decydującego seta otworzyła pewnie i odjechała rywalce zdecydowanie.
W kolejnej rundzie, z Jenną DeFalco, scenariusz był podobny, ale bez szczęśliwego zakończenia. Yamalapalli odrobiła stratę dwóch przełamań i obroniła piłki setowe, zanim pierwszy set trafił do tie-breaka. Później podawała na seta i go nie zamknęła, a w kolejnym tie-breaku pogoń zatrzymała się w najważniejszym momencie.
Najuczciwiej powiedzieć, że Yamalapalli walczy, ale nie domyka. Nie jest bez formy i nie jest też w pełni odrodzona. Na początku października wygrała turniej deblowy w Lexington i ten sukces wiązano z przygotowaniami do Chennai. Debel to jednak osobna opowieść i nie dowodzi, że jej singlowa gra się ustabilizowała.
Nie ma doniesień o urazach. Mecze w Bakersfield były długie i wyczerpujące, ale to już poprzednia podróż, a nie seria rund tuż przed tym spotkaniem. Organizatorzy wierzą, że miejscowe warunki jej pomogą. Ile da trybuna, zobaczymy dopiero przy pierwszym trudnym gemie.
Waltert: przewaga, która przecieka przez palce
Waltert przyjeżdża po meczu, który dobrze streszcza jej jesień. W Guangzhou z Jil Teichmann zaczęła odważnie, prowadziła z dwoma przełamaniami i miała jeszcze własne podanie w zanadrzu. Potem nie wykorzystała kolejnych szans w gemach returnowych, pierwszy set wymknął jej się w końcówce, a Teichmann przejmowała kontrolę coraz pewniej.
Wcześniej, w Samsun, dwa pierwsze mecze z Melisą Ercan i Lindą Klimovicovą poszły gładko. Z Himeno Sakatsume prowadziła po pierwszym secie, po czym wszystko się odwróciło, a w decydującym secie nie znalazła punktu zaczepienia. Oficjalne zapisy nie wyjaśniają, czy winne były uraz, zmęczenie czy technika. Widać tylko, jak mecz przechylił się na drugą stronę.
W kwalifikacjach w Ningbo było odwrotnie. Przegrała pierwszego seta z Anheliną Kalininą, doprowadziła do decydującej partii i tam zabrakło jej sił, żeby dociągnąć pogoń do końca. To dowód, że potrafi stawić opór. O wyraźnej tendencji wzrostowej trudno jednak mówić.
Najciekawsze jest to, że Waltert sama zdiagnozowała ten problem. We wrześniowej rozmowie z Keystone-SDA mówiła: „Muszę lepiej wykorzystywać momentum”. Na wyższym poziomie trudniej jej utrzymać koncentrację i intensywność w ważnych chwilach niż poradzić sobie z mocniejszym uderzeniem rywalki. Przyznała też, że między porażkami trudno o pewność siebie, a myśli o rankingu na koniec roku nie dają się łatwo odsunąć.
Fizycznie wszystko wygląda w porządku. Urazów nie zgłoszono, a w Guangzhou zagrała jeszcze w deblu z Teichmann, choć szybko odpadły, więc nie przyjeżdża po wyczerpującym finiszu turnieju. Trenerem pozostaje Stéphane Bohli. Musi się za to przestawić na nowy sprzęt: w Chennai gra się na nawierzchni Playpave piłkami Yonex Tour Platinum, a w Guangzhou były inne korty i piłki Babolat Team.
Wolny kort, wilgoć i sztuka utrzymania prowadzenia
Chennai nie zapowiada się na szybki turniej, w którym mecz rozstrzygnie kilka mocnych uderzeń. Panna Udvardy na losowaniu mówiła wprost o wolnym korcie i warunkach bardzo wymagających fizycznie. Wygrywać będzie raczej ta, która cierpliwie przeciąga wymianę i trzyma piłkę głęboko w korcie, niż ta, która na moment złapie rytm w ataku od pierwszej piłki.
Do tego dochodzi pogoda. Vijay Amritraj ostrzegał, że może być gorąco i parno, a deszcz będzie przychodził i odchodził jak nieproszony gość. Przerwy są więc realne. Nie wiadomo, która z zawodniczek lepiej znosi taką grę z przestojami.
Bilansu bezpośrednich spotkań nie ma się co doszukiwać. Wcześniej się nie spotkały, więc żadna z nich nie ma przewagi psychologicznej.
Kluczowe będą długie gemy serwisowe, grane pod presją. Yamalapalli potrafi przetrwać nawałnicę przy własnym podaniu, ale drżała, gdy trzeba było zamknąć seta. Waltert tworzy sobie szanse na returnie, tylko ich nie zamienia na przełamania. Jeśli jedna z nich wreszcie wykorzysta break point w ważnym momencie, mecz może się szybko rozstrzygnąć.
Ranking i doświadczenie przemawiają za Waltert, a dom, stawka i ostatnia szansa w Chennai za Yamalapalli. Wątpliwości mam sporo i nie zamierzam ich ukrywać. Obie ostatnio mówiły nam to samo: zdobyć przewagę umieją. Ten mecz wygra ta, która tym razem dowiezie ją do końca.

Jedno polubienie i wyciągam stary zeszyt.











