Shelton kontra Kovacevic w Bazylei: as atutowy na rozstaju form
Bazylea pod koniec października to tenis pod dachem, z dala od wiatru i od letnich wspomnień. W pierwszej rundzie Swiss Indoors Ben Shelton, rozstawiony z numerem 1 i czwarty w rankingu ATP, zmierzy się z Aleksandarem Kovaceviciem, 84. zawodnikiem świata, który wszedł do drabinki jako szczęśliwy przegrany. Na papierze to klasyczny mecz faworyta z outsiderem. W praktyce spotyka się tenisista szukający dawnej ostrości z rywalem, który przegrywa ostatnio mecze, a mimo to coraz trudniej go przełamać.
Shelton: sufit z Nowego Jorku, jesień pod znakiem zapytania
Na US Open Shelton pokazał, na co go stać. W półfinale przegrał pierwszego seta z Francesem Tiafoe, ale nie spanikował, tylko przebudował mecz i awansował do finału. To był turniej, który daje pewność siebie na lata, i warto o nim pamiętać. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że to dowód jego możliwości, a nie bieżącego rozpędu.
Potem lato się urwało. W Pucharze Davisa Jiri Lehecka spokojnie przejął kontrolę, przełamywał wcześnie w każdym secie i odpierał każdą próbę pościgu. Shelton musiał gonić wynik, zamiast narzucać swój rytm ataku. Chwilę później zbuntowało się ciało: przez uraz barku wycofał się z Tokio. Sam przyznał bez owijania w bawełnę: „Moje ciało nie było gotowe”.
Szanghaj przyniósł mieszane sygnały. Z Danielem Altmaierem wygrał z determinacją, choć po spokojnym początku końcówka zrobiła się nerwowa. Z Arthurem Geą odrobił stratę przełamania w pierwszym secie, w drugim też wyszedł na prowadzenie, ale żadna z tych zmian nie przerodziła się w trwałą przewagę. Oba tie-breaki lepiej rozegrał Gea.
Najciekawsza jest diagnoza, którą postawił sam Shelton. Gea raz po raz returnował głęboko i odbierał mu krótką piłkę, od której zaczyna się jego atak i wejście do siatki. „Zostałem dziś ograny. Ten chłopak grał lepiej ode mnie” – powiedział. Przy siatce nadal kończył skutecznie. Kłopot polegał na tym, że coraz rzadziej mógł tam dojść.
Jeden ciężar spadł mu jednak z ramion. Od 18 października ma zapewnione miejsce w Turynie, więc Bazylea nie jest pogonią za punktami, tylko przygotowaniem do finałów sezonu. Po Szanghaju miał też czas na odpoczynek i trening. Czy bark jest w pełni zdrowy, nikt oficjalnie nie potwierdził, i nie ma sensu udawać, że to wiadomo.
Kovacevic: serwis, który wyprzedza wyniki
Lista ostatnich porażek Kovacevicia wygląda smutno, ale w środku kryją się naprawdę solidne mecze. W Szanghaju wygrał z Matteo Berrettinim pierwszego seta w tie-breaku, po czym w środkowej części spotkania wypuścił je z rąk. To typowy dla niego ostatnio obraz: mocne otwarcie, którego nie umie przekuć w kontrolę nad całym meczem.
W Ałmaty stoczył zaciętą, trzysetową walkę ze Stefanosem Tsitsipasem. Zmarnował szanse w długim pierwszym secie, ale nie zgasł, tylko odwrócił losy meczu. Grek przejął kontrolę dopiero w decydującym secie. Po meczu mówił o rywalu z wyraźnym szacunkiem: „Serwował dziś wyjątkowo dobrze”. Przyznał, że returnowanie było frustrujące, a Kovacevic w ostatnich miesiącach bardzo się poprawił.
Najświeższy dowód pochodzi już z Bazylei. W decydującej rundzie kwalifikacji przegrał z Giovannim Mpetshim Perricardem po dwóch tie-breakach, z rywalem, który właśnie odzyskuje formę. To była przegrana w wyrównanym pojedynku serwujących, a nie lekcja pokory w hali. Los dał mu drugą szansę, a korty zna już z pierwszej ręki.
Nie wiadomo, czy taki prezent go uskrzydli, czy raczej przytłoczy. Szczęśliwi przegrani bywają czasem najluźniejszymi ludźmi w drabince, ale bywają też najbardziej spięci. W relacjach z Ałmaty i z kwalifikacji nie było mowy o żadnych urazach. Jest za to kilka rozegranych meczów w nogach, choć nic nie wskazuje na nadmierne zmęczenie.
Głęboki return, czyli o co naprawdę toczy się ten mecz
Kluczem do spotkania jest głębokość returnu. Przypadek Gei pokazał, że samo odbicie serwisu Sheltona niczego nie daje. Piłka musi spaść na tyle głęboko, żeby Amerykanin nie mógł zrobić kroku w kort i zaatakować od pierwszej piłki. Czy Kovacevic potrafi to powtórzyć, jest na razie pytaniem otwartym, a nie jego udokumentowaną bronią.
Shelton ma do dyspozycji czytelny plan. Leworęczny serwis, wyrzucający rywala za kort, w zderzeniu z jednoręcznym bekhendem Kovacevicia otwiera przestrzeń na kolejne uderzenie. Wszystko zależy jednak od precyzji podania i od jakości pierwszej odpowiedzi rywala. Sama różnica ręki meczu nie wygra.
W drugą stronę też jest o czym myśleć. Jeśli serwis Kovacevicia będzie wyglądał tak jak w Ałmaty, Sheltonowi bardziej przyda się spokojny, głęboki return na łatwiejsze podania niż efektowne szarże przy każdej okazji. Gra przy siatce pozostaje jego wyjściem awaryjnym z wymian z głębi kortu. Pod warunkiem, że będzie do niej szedł za realną presją, a nie z neutralnej pozycji.
O ewentualnych wcześniejszych pojedynkach tej dwójki nie ma czym się podeprzeć, więc cała ocena musi stać na bieżącej formie. Szybka hala sprzyja serwującym i nie zostawia wiele miejsca na błędy w końcówkach setów. Oba ostatnie miesiące opowiadają zresztą podobną historię: tie-breaki, pościgi, które nie zamieniały się w kontrolę, i serwis, który trzymał mecze w równowadze, ale ich nie rozstrzygał.
Warto więc patrzeć na kilka rzeczy. Czy Shelton dostaje krótkie piłki, czy musi mozolnie budować punkty od zera. Czy dobremu podaniu Kovacevicia towarzyszy choć odrobina zagrożenia w gemach returnowych. I wreszcie, który z nich, gdy przechyli mecz na swoją stronę, potrafi to utrzymać dłużej niż przez jeden gem. Do tego dochodzi bark Sheltona: lepiej obserwować jego ruchy i kolejne serwisy, niż zakładać z góry, że coś mu dolega.

Wiek nauczył prosić raz. Więc proszę raz.











