Musetti kontra Fritz w Lyonie: wyobraźnia po krótkiej nocy przeciw serwisowi, który gasi pożary
Finał turnieju ATP 250 w Lyonie, rozgrywany na kortach krytych o twardej nawierzchni, zestawia dwóch tenisistów z zupełnie innym bagażem tygodnia. Lorenzo Musetti, rozstawiony z szóstką i 26. w rankingu ATP, przeszedł przez dwa mecze, które ciągnęły się jak listopadowy wieczór. Taylor Fritz, rozstawiony z dwójką i 14. na świecie, dotarł do niedzieli drogą krótszą i równiejszą.
Intryga jest więc prosta, choć jej rozwiązanie wcale takie nie jest. Po jednej stronie stoją tenisowa wyobraźnia i odporność, które w tym tygodniu wróciły do Musettiego. Po drugiej atak od pierwszej piłki i serwis, którym Fritz potrafi wyjść z każdej opresji. Nad wszystkim wisi pytanie, ile snu zdążył złapać Musetti.
Musetti wygrywa pod górę i odzyskuje siebie
Musetti przyjechał do Lyonu po kolejnym poszarpanym okresie przygotowań. W Szanghaju z Yi Zhou nie domknął tie-breaka pierwszego seta mimo kolejnych piłek setowych. Drugą partię uratował późnym przełamaniem, a w decydującym secie nie wykorzystał obiecujących sytuacji przy returnie. Nie był to mecz, w którym ktoś go zdeklasował. To był raczej obraz tenisisty gotowego do walki, ale jeszcze nie w pełni ostrego.
Pierwsze rundy w Lyonie, z Arnaldim i Kouamé, przeszły bez większych komplikacji. Prawdziwy test przyszedł później. Ćwierćfinał z Van Asschem był wojną na wyniszczenie: długie gemy serwisowe, równowaga za równowagą i mało oddechu. Musetti wygrał pierwszego tie-breaka dzięki świetnemu wyczuciu przy siatce, drugiego przegrał i od razu stracił podanie w decydującym secie.
Odrobił stratę, a w ostatnim gemie odwrócił wyraźną przewagę Van Asschego przy jego serwisie. Pod koniec meczu coraz lepiej działał mu pierwszy serwis. Widać było jednak zmęczenie, a w trakcie spotkania potrzebna była pomoc fizjoterapeuty. Tamten wieczór najlepiej oddaje anegdota z telefonem: Musetti poprosił o zgodę na jego użycie, bo zbliżało się przypomnienie o dostępności dla kontroli antydopingowej, a on wciąż grał.
Półfinał z Cobollim był jeszcze ciekawszy, bo pokazał nie tylko charakter, lecz także myśl taktyczną. Cobolli zaczął od mocnego serwisu, gry do przodu i ofensywy, i wygrał pierwszego seta. Musetti znalazł potem głębokość i ostrzejsze kąty, zaczął zmieniać tempo, kazał rywalowi biegać i obnażył jego coraz mniej celny forhend. Krótkie kąty z bekhendu, skróty i nagłe przyspieszenia oddały mu inicjatywę.
Kulminacja przyszła przy jego podaniu, gdy bronił się przed porażką. Musetti obronił piłki meczowe, natychmiast przełamał rywala i zamknął mecz pewnym serwisem, forhendem i wolejami. Sam podsumował to bez ozdobników: „Walczyłem do końca”. Trudno się z tym spierać, choć warto dopowiedzieć, że te ucieczki pokazują też, jak trudno mu przejąć kontrolę nad wynikiem i ją utrzymać.
Zdrowie to temat, przy którym trzeba stąpać ostrożnie. Przed Szanghajem Musetti mówił, że palec już mu nie dokucza, ale przymusowa przerwa mocno zaburzyła mu ciągłość i spokój głowy. W Szanghaju był z kolei opatrywany w okolicy lewego kolana. Żadna z tych informacji nie oznacza aktywnej kontuzji przed finałem. Etykieta „w pełni zdrowy” byłaby jednak na wyrost.
W tle toczy się też wątek sztabu. Pojawiły się doniesienia, że do Simone Tartariniego może dołączyć Gianluca Mager, którego z Musettim łączą także więzy rodzinne. Na razie to raczej ciekawostka niż wyjaśnienie lepszej gry. Stawka niedzieli jest za to jasna: zakończyć długą posuchę bez tytułu i nadać temu powrotowi konkretny kształt.
Fritz i serwis, który gasi pożary
Ostatnie tygodnie Fritza nie były złe, były raczej nierówne. W Pucharze Lavera trzymał się z Alcarazem w wymianach z głębi kortu, odrobił stratę pierwszego seta i miał okazje, by wygrać, ale przegrał decydującego super tie-breaka. Sam ocenił potem, że gra z linii końcowej była w porządku, tylko serwis powinien dawać mu więcej darmowych punktów. Ta uwaga okazała się ważna, bo właśnie serwis stał się osią jego gry w Lyonie.
Były też sygnały ostrzegawcze. Na US Open z Cerúndolo zaczął od agresywnego serwisu i forhendu, zbudował wyraźną przewagę, ale gdy rywal złapał rytm, stracił kontrolę i zmarnował dużą szansę przy returnie w decydującym secie. W Tokio z Munarem wygrał pierwszego seta po kilku wyjściach z opresji, potem dał mu się we znaki upał i potrzebował pomocy medycznej. Tamtej porażki nie należy więc czytać wyłącznie jako problemu z formą, ani tym bardziej przenosić jej na dziś jako choroby.
W Szanghaju przegrał z Tsitsipasem w okolicznościach dość osobliwych. W końcówce dwa razy z rzędu wypadła mu piłka z kieszeni, co skończyło się sporem o powtórkę punktu i weryfikacją wideo. Fritz przyjął decyzję i grał dalej. To epizod raczej zabawny niż alarmujący i nie świadczy o szerszym problemie z koncentracją.
Lyon wygląda już znacznie ostrzej. Z Herbertem Fritz szybko narzucił swój rytm, a w bardziej wyrównanym drugim secie zadał decydujący cios tuż przed tie-breakiem. W trakcie tego meczu zaliczył upadek, ale potem nie było widać żadnych problemów z poruszaniem się ani serwisem.
Półfinał z Tommym Paulem był trudniejszy, niż sugeruje wynik w dwóch setach. Fritz był pod stałą presją przy returnie rywala, a serwując, by utrzymać się w drugim secie, bronił kolejnych piłek setowych. Wyszedł z tego mocnym serwisem i od razu przełamał Paula. To było raczej mistrzowskie zarządzanie presją niż bezproblemowe utrzymywanie podania.
Warto przy tym zauważyć, że jego tydzień nie sprowadza się do serwisu i uderzeń z miejsca. Były mocne wymiany z głębi kortu, skuteczne minięcia i wyjątkowo pewna gra przy siatce, łącznie z udanymi skrótami z woleja. Sam nazwał ten mecz grą na „super, super wysokim poziomie”. Ma też wyraźny cel: walkę o awans do kończącego sezon turnieju w Turynie i poprawę pozycji na koniec roku. „Kiedy mam jasny cel, łatwo mi się zmotywować” – przyznał.
Return, głębokość i zegar w nogach Musettiego
Kluczowe starcie to serwis Fritza przeciwko returnowi Musettiego. Sam Musetti przed finałem przyznał, że odbieranie podania Fritza jest bardzo trudne, a mecz z Paulem pokazał dlaczego: nawet pod presją Amerykanin potrafi jednym serwisem zdjąć zagrożenie. Dla Musettiego samo trzymanie piłki w korcie nie wystarczy. Musi tak zagrać return, żeby przy następnym uderzeniu nie znaleźć się od razu w defensywie.
Druga lekcja płynie z półfinału z Cobollim: najpierw głębokość, potem wariacje. Skróty i zmiany rytmu zaczęły ranić dopiero wtedy, gdy Musetti przestał pozwalać rywalowi spokojnie ustawiać nogi. Krótkie, bierne piłki w wymianie z Fritzem raczej nie odtworzą tamtego scenariusza. Ściągnięcie go do siatki też nie jest automatycznym rozwiązaniem, bo w Lyonie Fritz woleje zagrywa pewnie. Liczą się jakość i ukrycie skrótu, a nie sam fakt, że rywal musi biec do przodu.
Jest też rachunek fizyczny, którego nie da się pominąć. Długie wymiany dają Musettiemu przestrzeń na zmianę wysokości, kierunku i tempa, ale każda dodatkowa minuta w nogach kosztuje więcej tego, kto ma za sobą cięższy tydzień. Musetti po półfinale mówił otwarcie: „Mam nadzieję, że dobrze się zregeneruję i porządnie wyśpię. Ostatniej nocy nie spałem zbyt wiele”. Czy w niedzielę zostanie po tym ślad, okaże się dopiero na korcie. Właśnie ta niewiadoma jest dla mnie największym znakiem zapytania tego finału.
W głowach przewaga nie jest jednostronna. W ich ostatnim spotkaniu, rozegranym w tym sezonie, wygrał Musetti, co daje mu pewne oparcie. Nie ma jednak żadnych wypowiedzi, które wskazywałyby na onieśmielenie, chęć rewanżu czy wyraźną psychologiczną przewagę którejkolwiek ze stron. Hala w Lyonie była podczas półfinałów wyprzedana, a Fritz chwalił publiczność za cały tydzień. Nic jednak nie wskazuje, by kibice wyraźnie stali po czyjejś stronie.
Rozstrzygną zatem trzy rzeczy. Po pierwsze, czy Musetti zdoła zrobić z returnu coś więcej niż przetrwanie. Po drugie, czy jego wariacje otworzą punkty szybko, zanim nogi zaczną wystawiać rachunek. Po trzecie, czy Fritz utrzyma tę czystość w kluczowych gemach serwisowych, skoro rywale w tym tygodniu wciąż potrafili im zagrozić. Szczerze mówiąc, nie wiem, która z tych historii napisze ostatni rozdział, i właśnie dlatego ten finał tak kusi.

Zgadzacie się? Wystarczy jeden przycisk.










