Filsowi w Brukseli wciąż trudno dokończyć mecz, a Struff broni się serwisem
Półfinał turnieju ATP w Brukseli zestawia dwóch tenisistów, którzy w tym tygodniu przeżyli zupełnie inne historie. Arthur Fils, rozstawiony z numerem pierwszym i dziesiąty w rankingu ATP, rozegrał tu dotąd jeden mecz. Jan-Lennard Struff, 58. na świecie, ma za sobą trzy spotkania i zwycięstwo nad ostatnim Belgiem w drabince. Ciekawość budzi to, czy dobra gra Filsa w końcu przełoży się na spokojne zamykanie meczów.
Fils gra pięknie do chwili, gdy trzeba skończyć
Jesień Filsa przypomina październikową pogodę. Długo świeci słońce, a potem chmura przychodzi właśnie wtedy, gdy wydaje się, że dzień jest już bezpieczny. Grą Francuz przekonuje bardziej niż umiejętnością postawienia kropki nad i.
W Tokio musiał przechodzić przez kwalifikacje z powodu problemu ze zgłoszeniem, a nie słabszej formy. Z Martinem Dammem przegrał pierwszego seta, ale potem pewnie przejął kontrolę. Z Francesem Tiafoe zagrał świetny mecz. Precyzyjnie returnował, był solidny na linii końcowej, wygrywał długie wymiany z bekhendu i dociskał forhendem.
Ćwierćfinał z Valentinem Vacherotem pokazał drugą stronę jego tenisa. Fils prowadził z przełamaniem w każdym secie i miał okazje, by zamknąć pierwszą partię. Za każdym razem przewaga mu uciekała. Nie został rozbity, po prostu nie potrafił utrzymać tego, co wypracował.
W Szanghaju w meczu z Botikiem van de Zandschulpem doszła jeszcze złość. Rywal mocno serwował, a Fils marnował szanse w gemach returnowych. Połamał rakietę, rzucił butelką i według relacji nie odzyskał już spokoju. Wcześniej na US Open wysoko prowadził w setach ze Stefanosem Tsitsipasem, a potem mecz mu się wymknął.
W Brukseli czekał na pierwszy mecz od niedzieli do piątku, bo miał wolny los, a potem wycofał się Munar. Z Alexem Michelsenem zaczął od straty podania. Sam mówił o odrobinie napięcia i pośpiechu, bo rywal był już ograny w tutejszych warunkach. Szybko odrobił przełamanie, a pod koniec pierwszego seta przełamał jeszcze raz i odwrócił wynik.
W drugim secie prowadził od początku i pewnie wygrywał punkty po pierwszym serwisie. Gdy podawał na mecz, zaczął popełniać proste błędy. Michelsen zagrał lepiej i doszło do długiego tie-breaka, w którym Fils musiał bronić piłek setowych. Po meczu przyznał z rozbrajającą szczerością: „Widziałem już siebie pod prysznicem w szatni”.
Najważniejsze jest jednak to, że tym razem Fils się nie złamał. Problem z zamykaniem meczów nie zniknął, ale nie skończył się katastrofą. W tle jest Turyn. Fils przyznaje, że myśli o ATP Finals, a awans nie jest jeszcze pewny. W pracy z presją pomaga mu sztab, w którym są Ivan Cinkus i Goran Ivanišević.
Struff serwuje najlepiej wtedy, gdy jest najtrudniej
Struff nie przyjechał do Brukseli na fali zwycięstw. W Azji dwa razy zatrzymał go Daniił Miedwiediew, najpierw w Pekinie, potem w Szanghaju. W Szanghaju wygrał pierwszego seta, ale Rosjanin odwrócił mecz. Niemiec potrafił dobrze zacząć, lecz nie utrzymał poziomu do końca.
W Brukseli każdy mecz coś mu dawał. Z Marcosem Gironem wygrał w tie-breakach, a nie dzięki przewadze w gemach returnowych. Potem pokonał Gauthiera Onclina. Do półfinału podchodzi z większym rytmem meczowym niż Fils, którego turniej naprawdę zaczął się dopiero w ćwierćfinale.
Najmocniej o jego formie świadczy to, co powiedział pokonany Zizou Bergs. „Grał bardzo dobrze, super, super agresywnie. W ważnych momentach serwował niesamowicie”. Belg dodał, że jego słabsza gra była w dużej mierze zasługą rywala. Takie słowa rzadko słyszy się od kogoś, kto właśnie przegrał przed własną publicznością.
Nie był to jednak spacer. Bergs miał okazje przy podaniu Struffa, a pod koniec drugiego seta szansę na doprowadzenie do decydującej partii. Serwis Struffa nie był nie do ruszenia. Był za to serwisem, który w trudnej chwili zawsze dawał odpowiedź.
Nie wiadomo, czy to wystarczy na Filsa. Szanghaj przypomina, że dobry plan na początek przestaje działać, gdy rywal się dostosuje. Nie ma też podstaw, by twierdzić, że trzy mecze w nogach go zmęczyły.
Wolny kort i walka o odporność psychiczną
Zanim ktoś wyobrazi sobie szybki kryty kort, na którym liczą się tylko asy, warto posłuchać Filsa. Kort centralny nazwał „bardzo, bardzo wolnym”. Dodał też, że warunki zmieniały się w trakcie turnieju. Odpowiedział na to wyższymi piłkami nad siatką, rozbijaniem rytmu i urozmaiconym serwisem zamiast samej siły.
Wolna nawierzchnia nie odebrała jednak broni Struffowi. Przeciwko Bergsowi atakował od pierwszej piłki i to działało. Fils powinien pamiętać, że jego mocne uderzenia budują przewagę, ale błędy oddają ją rywalowi. Na takim korcie zbyt wczesne kończenie akcji może kosztować więcej niż zwykle.
Najciekawiej zapowiada się pojedynek serwisu Struffa z returnem Filsa. Po meczu z Bergsem widać, że samo stworzenie break pointów może nie wystarczyć. Liczyć się będzie jakość returnu i to, czy Fils wytrzyma pierwszy atak Niemca. Jeśli przeciągnie wymianę, Struff będzie musiał pokazać coś więcej niż mocny serwis.
Fils potrafi tak grać, co pokazał w meczu z Tiafoe. Kluczowa może być jednak jego cierpliwość w gemach returnowych, które nie przynoszą przełamania. W Szanghaju zmarnowane szanse wytrąciły go z równowagi. W Brukseli zachował spokój, ale minął dopiero jeden mecz.
Niewiele wiadomo też o publiczności. Po odpadnięciu Bergsa i pożegnaniu Goffina w singlu nie ma już Belgów. Struff wyeliminował ostatniego z nich, a Fils porwał trybuny w tie-breaku, ale nie wiadomo, komu będą kibicować.
Wszystko sprowadza się do kilku pytań. Czy piątkowy mecz przywrócił Filsowi rytm, a nie tylko nawyk pośpiechu przy zamykaniu? Czy agresywny serwis Struffa zadziała, gdy piłki zaczną wracać na jego stronę? Najważniejsze jest jednak to, kto szybciej otrząśnie się po zmarnowanej szansie. Szczerze mówiąc, nie potrafię przewidzieć odpowiedzi na żadne z nich.

Wynik ustali kort. Nastrój ustawicie wy.










