WTA Sao Paulo, 17 września: Badosa buduje powrót, a szesnastoletnia Leme Da Silva niesie brazylijskie nadzieje

Druga runda w Sao Paulo zaczyna się w dziwnym stanie: połowa stawki dopiero wczoraj skończyła mecze pierwszej rundy, poprzerywane deszczem i rozciągnięte na dwa dni. To zawsze zmienia charakter turnieju — nagle liczy się nie tylko forma, ale i to, kto ile zostawił na korcie w poniedziałek i wtorek. Dzień ma przy tym kilka naprawdę dobrych historii: Paula Badosa próbuje zamienić pojedyncze udane mecze w stan trwały, Nadia Podoroska i Elina Avanesyan wracają po długich przerwach zdrowotnych, a szesnastoletnia Nauhany Vitoria Leme Da Silva została ostatnią Brazylijką w singlu.
Najbardziej ciekawi mnie rzecz rzadka — mecz dwóch reprezentantek Armenii, Avanesyan i Charaevej, które dzieli nie rywalizacja, a droga: jedna odbudowuje się po mononukleozie, druga dopiero od lata gra pod nową flagą. Obok tego pojedynek Lamens z Sierrą, w którym obie przyszły po cudownym ocaleniu, i wieczorne spotkanie Lys z Podoroską, gdzie o wszystkim może zdecydować to, czyje ciało lepiej zniesie kolejny trudny wieczór. Oto pięć par, przy których dziś warto się zatrzymać:
- 15:00 — Avanesyan — Charaeva
- 15:30 — Lamens — Sierra
- 16:00 — Leme Da Silva — Quevedo
- 17:30 — Ortenzi — Badosa
- 20:30 — Lys — Podoroska
Godziny podane w czasie UTC.
Avanesyan — Charaeva
Zaczyna się od meczu, jakiego w tourze prawie nie ma: dwie Ormianki, obie po dwadzieścia cztery lata, obie potrzebne krajowemu programowi, obie z własnym rachunkiem do wyrównania. Avanesyan po chorobie i kłopotach z barkiem długo odbudowywała tolerancję na kolejne mecze w tygodniu, aż w sezonie na mączce przyszło aż dwadzieścia sześć zwycięstw przy jedenastu porażkach i bliski półfinał w Hamburgu. Sama mówi o tym bez patosu: „Widzę w swojej grze pewne zmiany, ale próbuję iść dzień po dniu” (Punto de Break). Dodaje przy tym, że „udział w igrzyskach 2028 to nasze wielkie marzenie” (Golos Armenii) — i taki mecz staje się nagle wewnętrznym sprawdzianem hierarchii.
Rachunek jest na razie po stronie Charaevej: jedyne spotkanie, w marcu tego roku w Antalyi, na mączce, w drugiej rundzie, wygrała pewnie 6-4, 6-1. Tylko że kontekst się zmienił. Avanesyan przeszła Julię Rierę 6-2, 6-4 spokojnie, z kilkoma niechlujnymi gemami serwisowymi, ale bez chaosu — odzyskiwała kontrolę głębią i przekierowaniem piłki. Charaeva przeciwnie: z You Xiaodi wygrała 3-6, 7-6(5), 6-3, mecz przeciął deszcz i domknęła go dopiero w środę. Dorzućmy do tego, że twardy kort jest w tym roku dla obu terenem niewdzięcznym, i że Avanesyan wygrywa punkty raczej cierpliwością niż pierwszym uderzeniem.
Moim okiem Avanesyan jest bliżej wygranej głównie dlatego, że ma świeższe nogi i lepszy plan awaryjny: kiedy nie serwuje dobrze, wciąż potrafi trzymać piłkę w korcie i czekać na błąd. Charaeva musi atakować drugą piłkę i kończyć wymiany szybko, a to przy krótkiej regeneracji bywa kosztowne. Spodziewam się meczu długiego i nierównego, z przełamaniami w obie strony — bliżej trzech setów niż gładkiego rozstrzygnięcia, więc total ustawiony na 21,5 gema wygląda raczej na przechodzący w górę.
Lamens — Sierra
Obie przyszły tu z tego samego miejsca — z krawędzi. Suzan Lamens przegrywała z Caroliną Meligeni Alves i patrzyła, jak Brazylijka dwa razy podaje na mecz; wyszła z tego 3-6, 7-6(2), 6-2, bo w tie-breaku przestała podejmować pospieszne decyzje i odcięła rywalce krótkie piłki do ataku. Solana Sierra z Cadence Brace potrzebowała innego resetu: po wygranym pierwszym secie zgubiła się w środku meczu, a decydującego seta rozegrała wreszcie po swojemu i zamknęła 6-1. Dla niej to więcej niż awans — wcześniej przegrała ze Svitoliną, Stephens, Prozorovą i, co boli najbardziej, 1-6, 1-6 z Aoi Ito.
Wcześniej się nie spotkały, więc zostaje czysta arytmetyka stylów. Sierra ma większą zdolność do przyspieszenia i lubi grać szybko — „Lubię grać szybko i to mi pomaga” mówiła o warunkach na wysokości (Punto de Break), a Sao Paulo tę szybkość podkręca. Lamens nie ma czym odpowiedzieć na wymianę uderzeń, ale nie musi: analityk Nurein Ahmed wskazuje, że Holenderka może rozregulować Argentynkę samą głębią, zmuszając ją do wytwarzania tempa z niczego (Last Word on Sports). Problem Lamens jest inny i całkiem prozaiczny: na twardych kortach w tym sezonie wygrała raz przy dziewięciu porażkach, a wczorajszy mecz zabrał jej więcej sił i nerwów niż Sierrze.
Tu obraz jest dla mnie najmętniejszy z całego dnia i rozstrzygnie się w rzeczy niemierzalnej: czy Sierra utrzyma pozycję w korcie z trzeciego seta, czy znów wpadnie w bierne odbijanie. Jeśli utrzyma, wygra w dwóch, bo Lamens sama nie zabierze jej rytmu. Jeśli zacznie się kolejny egzamin z cierpliwości, Holenderka właśnie udowodniła, że umie wracać z beznadziei — i wtedy handicap +1,5 gema dla niej robi się bardzo rozsądny.
Leme Da Silva — Quevedo
Nauhany Vitoria Leme Da Silva ma szesnaście lat, numer 660 przy nazwisku i całą brazylijską publiczność na karku. Jej zwycięstwo nad Astrą Sharmą 5-7, 6-4, 7-5 było mieszanką paniki i charakteru: nie domknęła pierwszego seta z prowadzenia, oddała przewagę w drugim, dwa razy przegrywała przełamaniem w trzecim, a jednak została w niewygodnych wymianach zamiast kończyć je na siłę. „Musiałam walczyć o każdy punkt” podsumowała krótko (Tenis Brasil). Ma też informację z pierwszej ręki: „Trenowałam z nią w sobotę, więc już trochę wiem, jak ona gra” (Tenis Brasil).
Kaitlin Quevedo spędziła na korcie o godzinę mniej i kilka emocji mniej — Anastasię Tikhonovą rozebrała 6-0, 6-2, bez jednego nerwowego momentu. Dwudziestoletnia Hiszpanka zna już oba oblicza tenisu: w Barranquilli wygrała maraton z Sarą Sorribes Tormo 5-7, 7-5, 6-1, a potem dała się zamknąć Claire Liu. Różnica doświadczenia jest tu prostsza niż różnica talentu: Quevedo wie, co robić, kiedy mecz przestaje się układać, a Brazylijka dopiero się tego uczy, w dodatku po intensywnym juniorskim US Open i bez czasu, by ochłonąć po zwycięstwie życia.
Sądzę, że Quevedo wygra, i to raczej bez dramatu — jej droga prowadzi przez testowanie ruchu i cierpliwości rywalki, nie przez wymianę ciosów od pierwszej piłki. Ale gładkiego 6-2, 6-2 bym nie zakładał: trybuny podniosą Leme Da Silvę na kilka gemów, a jej uderzenie jest na tyle ciężkie, że jeden set może być ciasny. Fora +5,5 gema dla Brazylijki wygląda przy takim scenariuszu sensowniej niż stawianie na rozbicie.
Ortenzi — Badosa
Paula Badosa jest największym nazwiskiem, jakie zostało w tej części drabinki, i traktuje Sao Paulo jak kolejny krok w odbudowie. Mikulskyte pokonała 6-3, 6-2 bez zbędnego ryzyka, gubiąc na moment rytm serwisu i wracając potem do prostszego wzorca: presja returnowa i cięższa piłka z głębi kortu. „Jestem zadowolona z poziomu, na jakim zagrałam… czułam się całkiem swobodnie” powiedziała po meczu (Tenis Brasil). O sobie samej mówi zaś rzecz, która wiele tłumaczy: „Uważam się za osobę, która odradza się po trudnych momentach” (Tenis Brasil). Ważniejszy dowód przyszedł w Nowym Jorku: pewne 6-1, 6-4 z Kasatkiną, a potem bardzo równy mecz z Gauff, przegrany 4-6, 6-7(5).
Jazmin Ortenzi zagrała u siebie na kontynencie dobry mecz — Chloe Paquet ograła 6-3, 6-2, dyktując forhendem na tyle, by nie dać się wciągnąć w obronę. Kłopot w tym, że w środę rozegrała jeszcze debla, a Badosa miała tylko krótki singiel; do tego twardy kort jest dla Argentynki w tym sezonie nawierzchnią obcą, gdzie prawie wszystko przegrywa, podczas gdy na mączce czuje się jak w domu. Jej jedyna szansa to gra zmienna: inna wysokość odbicia, żadnego stałego rytmu, ruszanie Hiszpanki, zanim ta ustawi nogi. Jeśli zamieni się to w wymianę płaskich uderzeń, kierunek jest jeden.
Badosa jest tu zdecydowaną faworytką i nie widzę scenariusza, w którym oddaje seta bez własnej zapaści formy. Spodziewam się meczu krótkiego i porządkowego, może z jednym potknięciem na serwisie na początku, kiedy będzie się dopasowywać do nieznanej rywalki. Total poniżej 17,5 gema i fora −7 wyglądają na realne, choć przy zawodniczce, która wciąż zarządza przewlekłymi problemami z plecami, zawsze trzymam mały margines na niespodziankę.
Lys — Podoroska
To mecz dwóch ciał, nie tylko dwóch stylów. Eva Lys żyje ze spondyloartropatią, chorobą, która wymusza ciągłe pilnowanie obciążeń, a jej sezon wygląda jak ciąg meczów, w których dobrze zaczyna i gorzej kończy — z Kenin i Blinkovą wygrała pierwsze sety i przegrała mecze. Z Gabrielą Ce było podobnie: 6-1 na start, potem bierność, deszcz, przerwa na drugi dzień i dopiero 7-5 w trzecim. „Miałam trudności i byłam bardzo zdenerwowana, ale jestem szczęśliwa, że wygrałam” przyznała potem (Tenis Brasil). Mówi też otwarcie o braku pewności w momentach domykania — i to jest sedno tego spotkania.
Nadia Podoroska wraca z jeszcze dalszej podróży: biodro, bark, potem zapalenie ścięgna przedramienia. Jej miarą nie są rankingi, bo numer 317 nic tu nie mówi, a bilans na twardym korcie w tym sezonie — czternaście zwycięstw przy trzech porażkach. Lucrezię Stefanini pokonała 6-3, 6-4, bez wchodzenia w fizyczny maraton, co w jej przypadku jest najlepszą wiadomością. „Najbardziej pozytywne jest to, że rozegrałam tyle meczów i skończyłam zdrowa” mówiła o swoim powrocie (ITF). Jedyne spotkanie tych dwóch, w lipcu 2024 w Budapeszcie na mączce, Lys wygrała 6-3, 6-0 — ale to były zupełnie inne wersje obu zawodniczek.
Rynek widzi Lys wyraźnie wyżej i rozumiem dlaczego: kiedy wchodzi w kort i przekierowuje tempo, jest dla Podoroskiej niewygodna. Tylko że ten mecz zależy od jednej rzeczy, której z góry nie sprawdzę — czy Niemka zaufa sobie w końcówkach, czy znów cofnie się do biernego odbijania. Jeśli Podoroska zdoła zmieniać wysokość, przeciągać wymiany i zaprowadzić Lys do kolejnej serii piłek meczowych, będzie bliżej wygranej, niż sugeruje kurs; stawiałbym więc raczej na trzy sety i dużo gemów niż na spokojne zwycięstwo faworytki.
Trzy powroty, jedna szesnastolatka i pytanie o świeże nogi
Ten dzień w Sao Paulo jest o regeneracji nie mniej niż o tenisie — Charaeva, Lamens i Lys wchodzą na kort po meczach rozciętych deszczem na dwie części, a ich rywalki miały łatwiej. Najchętniej obejrzę pierwszy kwadrans meczu Leme Da Silvy, bo po takim zwycięstwie u szesnastolatki widać wszystko: albo euforia daje swobodę, albo przeciąża. I patrzę na Badosę bez oczekiwania fajerwerków, a z ciekawością, czy jej powrót zaczyna być powtarzalny.
Jeśli ktoś szuka konkretnych typów na te spotkania, te schodzą do szczegółów u typerów AI, na stronach poszczególnych meczów — ja zostaję przy opowieści i przy zdrowym marginesie wątpliwości, bo dzień po deszczu rzadko układa się zgodnie z kursami.

Dziękuję za doczytanie do końca. To rzadkość.
