Shnaider kontra Pohankova: wojowniczka z Ningbo i debiutantka, która umie czekać
Toray Pan Pacific Open w Tokio dotarł do półfinałów i jeden z nich wygląda na papierze jak spotkanie z dwóch różnych światów. Diana Shnaider, rozstawiona z numerem 3 i 13. w rankingu WTA, zagra z Mią Pohankovą, która weszła do turnieju z dziką kartą i zajmuje 144. miejsce. Ranking mówi jednak tylko część prawdy. Shnaider przyjeżdża na ten mecz po dwóch wyczerpujących zwycięstwach, Pohankova po tygodniu, w którym przestała być ciekawostką i stała się kimś, kogo trzeba rozpracować. Mecz na kortach twardych rusza 31 października o 7:30 czasu moskiewskiego.
Shnaider gra dobrze, ale każdy mecz wystawia jej rachunek
Ćwierćfinał z Alexandrą Ealą był dla Shnaider wędrówką pod wiatr. Pierwszego seta wyraźnie przegrała, w tie-breaku drugiego była już bardzo blisko porażki, a mimo to odwróciła losy spotkania i w decydującym secie zbudowała rozstrzygającą przewagę. WTA nie opisała tego jako meczu pełnego błędów, tylko jako pojedynek wyjątkowej jakości. Przy okazji Shnaider po raz drugi z rzędu w ciągu tygodnia pokonała Ealę.
Sama przyznała, że poziom rywalki kazał jej zwątpić, czy da się to jeszcze odwrócić. Wyjaśnienie było proste: „Po prostu przypominałam sobie, żeby walczyć o każdy punkt, i to się opłaciło”. To dobrze świadczy o jej charakterze. Pokazuje też, ile ten ćwierćfinał ją kosztował.
Na otwarcie turnieju też nie było łatwo. Aliaksandra Sasnovich grała kreatywnie i agresywnie, a Shnaider przez środkową część meczu wyglądała na zakłopotaną. Zamiast się szarpać, przeciągała wymiany i sprawdzała, czy rywalka utrzyma tę celność. Nie utrzymała, a błędy Sasnovich zaczęły się mnożyć. Shnaider tłumaczyła potem, że rywalka zdążyła się już oswoić z warunkami w Tokio, a dla niej był to pierwszy mecz.
Najpełniejszy obraz jej tenisa dał ćwierćfinał w Ningbo z Ivą Jovic. Po niepewnym początku łączyła mocne wymiany z linii końcowej ze skrótami slajsem, minięciami, lobami i przytomną obroną przy siatce. Jeden luźny gem serwisowy oddał Jovic drugiego seta, ale w decydującym Shnaider odzyskała jasność planu. Kiedy samo mocniejsze uderzanie nie wystarczało, zmieniała kształt wymiany. To umiejętność, którą warto zapamiętać przed sobotą.
Mecze z Julią Putincewą i pierwszy pojedynek z Ealą w Ningbo były raczej testami nerwów niż budowaniem rytmu. Z Putincewą kilka razy nie pozwoliła rywalce przejąć kontroli nad setem. Z Ealą skuteczny początkowo serwis ustąpił miejsca serii przełamań, a ostatni gem ciągnął się bardzo długo. Shnaider umie rozwiązywać problemy, ale końcówki nie zawsze wychodzą jej czysto.
Są też granice tej formy. W półfinale w Ningbo z Jeleną Rybakiną przedłużała walkę w pierwszym secie i przełamała rywalkę, gdy ta po raz pierwszy podawała na seta. Rybakina na ogół pilnowała jednak swojego podania i odpowiadała w ważnych momentach. Wcześniej w Wuhanie, po pochwałach za wygraną z Karoliną Muchovą, przyszedł mecz z Jeleną Ostapenko. Po wyrównanym pierwszym secie z niewykorzystanymi szansami atak rywalki zupełnie ją zdominował. Shnaider da się więc wybić z rytmu, jeśli ktoś narzuci jej tempo od pierwszej piłki.
Za jej uporem stoi zespół z Saschą Bajinem, mocniej niż dawniej wspierany przez trenera przygotowania fizycznego i sparingpartnerów. Shnaider mówi o pracy taktycznej i psychologicznej: o prostszych rozwiązaniach, lepszym rozmieszczaniu piłek i o tym, żeby frustracja w długich gemach nie brała góry. Te powroty po trudnych setach pasują do tego opisu. Trudno jednak orzec, ile w nich zasługi sztabu.
Stawka też jest jasna. Shnaider ma za sobą sezon pełen głębokich startów, ale wciąż bez singlowego tytułu w tym roku. WTA zwróciła na to uwagę już w Ningbo. Kontuzji w relacjach z Tokio nie ma, jest za to obciążenie. Po meczu z Ealą zamiast o taktyce na półfinał mówiła o rozciąganiu, jedzeniu i regeneracji.
Pohankova nie wygrywa samym rozpędem, tylko głową
Nazwisko Osaki w drabince Pohankovej działa jak reflektor, ale ciekawsze jest to, jak ten mecz wygrała. Zaczęła z wyraźnym respektem dla okazji i szybko znalazła się w tyle. Potem stała się zawodniczką dokładniejszą i odważniejszą. W drugim secie musiała zrobić coś innego: bronić podania pod presją, cierpliwie czekać i wykorzystać okazję dopiero w końcówce. WTA podkreśliła jej opanowanie w ważnych gemach serwisowych.
Klára Koukalová chwaliła jej taktyczny osąd. Pohankova atakowała, kiedy była dobrze ustawiona, a wybita z pozycji grała wyżej i czekała. Do tego dobrze serwowała. Inne relacje zwracały uwagę na kierunek uderzeń po krosie, poruszanie się i zmiany długości piłek. Jedno zastrzeżenie: WTA zauważyła, że Osaka ma za sobą nierówne tygodnie, więc tego zwycięstwa nie należy traktować jak pokonania rywalki w szczytowej formie.
Ćwierćfinał z Alycią Parks był dla niej ważniejszym sprawdzianem niż sam rozgłos. Pohankova szybko zbudowała przewagę, ale Parks podkręciła agresję i pod koniec pierwszego seta to Pohankova serwowała pod presją wyniku. Wytrzymała to i w tie-breaku zagrała zdecydowanie lepiej. W drugim secie od razu odrobiła stratę podania, potem mocno naciskała w gemach returnowych i nie dopuściła już do żadnego zwrotu akcji.
Uczciwie trzeba dodać, że Parks pomagała jej błędami serwisowymi w ważnych momentach. Nie każdy przełomowy punkt był więc dziełem Pohankovej. Bardziej przekonuje jej spokój w chwili, gdy rywalka na moment przejęła inicjatywę. Wtedy nie spanikowała, tylko ustabilizowała własną grę.
Jej passa nie zaczęła się w Tokio. We wrześniu dochodziła daleko w turniejach w Portugalii, a potem dobrze odnalazła się w znacznie mocniejszej obsadzie Wuhanu. W Porto z Katie Swan była blisko porażki, a końcówkę rozegrała już znacznie odważniej. W Wuhanie z Xiyu Wang wróciła do gry po tym, jak wypuściła z rąk obiecującą sytuację w tie-breaku drugiego seta. Te mecze pokazują, że umie się podnieść po rozczarowaniu, a nie tylko płynąć, gdy wszystko idzie dobrze.
Jest też przykład mniej przyjemny. Z Marią Sakkari w Wuhanie przez większą część meczu goniła rywalkę. Zryw pod koniec drugiego seta przyszedł za późno, by naprawić wcześniejsze straty. Tokio to wyraźny postęp, ale jeszcze nie dowód, że potrafi narzucić swoją grę każdej uznanej rywalce.
Eksperci Sportnetu opisują ją inaczej niż typową młodą, mocno uderzającą zawodniczkę. Ján Kukal podkreśla, że chętnie przeciąga wymiany i nie oddaje tanich punktów. Magdaléna Rybáriková chwali jej czucie piłki, slajs, zmiany rytmu i chęć chodzenia do siatki. Oboje zauważają też, że uznane rywalki dopiero uczą się jej gry. Shnaider będzie jedną z nich.
Za Pohankovą stoi stabilny zespół: trener Róbert Gašparetz, trener przygotowania fizycznego Kristián Cupák i trener mentalny Adam Kocian. To nie jest historia nagłej rewolucji w sztabie, tylko spokojnego wzrostu. Po Osace powiedziała: „Jestem bardzo szczęśliwa i mam nadzieję, że to dopiero początek mojej kariery”. Po Parks dodała, że praca nie jest skończona. Pierwszy półfinał w głównym cyklu to dla niej także konkretny krok w stronę pewniejszego bezpośredniego wejścia do głównych drabinek największych turniejów.
Wygra ta, która zmieni rytm, nie tracąc głębokości
Najłatwiej byłoby zapowiedzieć ten mecz jako starcie siły z obroną, ale to byłoby zbyt proste. Obie w ostatnich tygodniach pokazały, że potrafią zmieniać wysokość lotu piłki, tempo i miejsce w korcie. Kluczowe pytanie brzmi: która wprowadzi wariacje, nie skracając przy tym piłek na tyle, by oddać inicjatywę.
Wiele zależy od serwisu Pohankovej. Z Osaką to podanie ratowało ją w okresach, gdy jeden luźny gem mógł odwrócić mecz. Shnaider musi więc nie tylko odbijać piłkę z returnu. Musi nie pozwolić rywalce zaczynać wymian w równowadze, z wyborem między przyspieszeniem a zmianą rytmu. Po meczu z Rybakiną wiadomo, że z gemami returnowymi Shnaider ma ostatnio pod górę.
Z drugiej strony Shnaider musi odróżnić cierpliwość od bierności. Pohankova potrafi przyjąć tempo rywalki, nie chowając się głęboko za linią końcową. Przepychanie się na siłę w każdej neutralnej wymianie może więc nie zadziałać. Lepszą wskazówką jest mecz z Jovic: przesuwać rywalkę, zmieniać długość piłek i dopiero wtedy przyspieszać.
Wszystko wskazuje na to, że zawodniczki nie grały jeszcze ze sobą, więc żadna z nich nie wyjdzie na kort z gotowym planem z poprzedniego spotkania. To lekko faworyzuje Pohankovą, bo eksperci podkreślają, że rywalki dopiero poznają jej grę. Shnaider ma jednak za sobą już kilka meczów w Tokio i nie zaskoczą jej warunki, na które narzekała w pierwszej rundzie.
Zostaje sprawa sił. Shnaider ma za sobą znacznie cięższy tydzień w Tokio, Pohankova przeszła przez turniej bez straconego seta, ale nie ma doświadczenia z tak późnej fazy turnieju w głównym cyklu. Żadna z tych rzeczy nie przesądza, jak będą się poruszać i decydować, jeśli mecz się wydłuży. Nie wiadomo też, komu będą kibicować trybuny. Pohankova pokazała tylko, że po nerwowym początku z Osaką w jej domowym turnieju potrafiła się uspokoić.
Główna intryga sprowadza się więc do dwóch różnych talentów. Shnaider jest mistrzynią powrotów po trudnych setach, ale rzadziej udaje jej się sprawić, by mecz w ogóle się nie skomplikował. Pohankova gra rozważnie, dobrze serwuje i zachowuje spokój pod presją. Jeśli w sobotę mecz potoczy się nierówno jak jesienna pogoda, warto pamiętać, że Shnaider zwykle na tym korzysta. Pytanie, czy wystarczy jej na to sił.

Czasem się mylę. Dziś raczej nie.












