Shelton i Kym w Bazylei: armata, która celuje, i miejscowy chłopak, który nie panikuje
Swiss Indoors w Bazylei, druga runda, korty kryte i jesień, która za oknem hali robi się coraz chłodniejsza. Naprzeciw siebie staną Ben Shelton, rozstawiony z numerem 1 i czwarty w rankingu ATP, oraz Jérôme Kym, 222. zawodnik świata grający dzięki dzikiej karcie. Na papierze to przepaść. Na korcie pytanie brzmi inaczej: czy Amerykanin ma dziś coś więcej niż serwis i czy miejscowy tenisista zdoła mu ten serwis choć trochę uprzykrzyć.
Shelton przestał gonić radar
Mecz otwarcia z Aleksandarem Kovacevicem był dla Sheltona jak spacer po cienkim lodzie, który ostatecznie wytrzymał. Przegrał pierwszego tie-breaka, pod koniec decydującego seta bronił się przed przełamaniem, a rozstrzygnięcie wyrwał dopiero w ostatniej rozgrywce tie-breakowej. Posłał przy tym 44 asy i ani razu nie przełamał rywala.
Ta liczba nie jest przypadkiem ani samym popisem siły. Sztab Sheltona uprościł mu ruch serwisowy, zadbał o dokładniejszy wyrzut piłki i przesunął akcent z prędkości na precyzję. Sam zawodnik przyznał, że zerkanie na tablicę z prędkością kusi go do zamachu ponad miarę, więc teraz woli, jak to ujął, celować w punkty na korcie, a nie bić rekordy radaru. Wychodzi na to, że największy siłacz w drabince postanowił zostać snajperem.
Gorzej z resztą gry. W Szanghaju, w trzeciej rundzie, Arthur Gea zneutralizował jego pierwszy serwis, zmuszał go do grania kolejnych piłek i chętnie ruszał do siatki. Shelton odrabiał straty, gdy rywal podawał na seta, a w drugiej partii nawet wyszedł na prowadzenie, ale w końcówkach to Gea był spokojniejszy. Dla Francuza było to pierwsze zwycięstwo nad zawodnikiem z czołowej dziesiątki.
Shelton nie szukał wymówek. „Zostałem ograny” — powiedział wprost, dodając, że jego ciało nie było gotowe, bo przygotowania zaburzyła zmiana stref czasowych. Wcześniej z Tokio wycofał go uraz barku. W Bazylei nie mówi się o nowych kłopotach zdrowotnych, choć jeden świetny dzień przy serwisie to jeszcze nie zaświadczenie lekarskie o pełnym powrocie.
Stawka jest dla niego inna niż dla rywala. Miejsce w Turynie ma już zapewnione, a Bazyleę traktuje jako szlifowanie formy: chce się rozkręcić w dwóch halowych turniejach przed finałami ATP. Trenerem wciąż jest ojciec, Bryan Shelton, więc zmiana w serwisie to praca w rodzinnym warsztacie, a nie efekt rewolucji w sztabie.
Kym nie przyszedł tu po jednorazowy cud
Łatwo byłoby opisać Jérôme'a Kyma jako lokalnego chłopaka, któremu organizatorzy dali szansę na ładną fotografię z wielkim turniejem w tle. Tymczasem szwajcarska prasa jeszcze przed Bazyleą pisała, że gra dobrze. Pochodzi z Möhlin we Fricktalu, a jego forma rosła w turniejach Challenger, także na kortach krytych w Roanne.
W Roanne zatrzymał Clémenta Chidekha, który chwilę wcześniej wygrał inny halowy Challenger i jechał na fali pewności siebie. Mecz był wyrównany, ale to Kym przerwał rywalowi dobrą passę. W półfinale trzymał się blisko Miki Brunolda w gemach rozgrywanych normalnie, tyle że w tie-breakach to Brunold był bardziej zdecydowany i potem sięgnął po tytuł.
Jest też w tej historii bark. Trzeciego października Kym wycofał się przed półfinałem w Porto z powodu urazu prawego barku. Potem wrócił w Roanne i w Bazylei nie narzekał na nic. Czy coś mu jeszcze doskwiera, nie wiadomo, ale samo tamto wycofanie nie czyni z niego zawodnika kontuzjowanego.
Najwięcej mówi jednak mecz z Arthurem Rinderknechem, wygrany w dwóch setach. Kym bronił podania, gdy Francuz naciskał, pierwszego tie-breaka wziął od pierwszych punktów, a na przełamanie cierpliwie czekał aż do końcówki drugiej partii. Potem podał na mecz i wygrał tego gema do zera.
Szwajcarscy dziennikarze chwalili go za koncentrację i skuteczność, nie za efektowne zagrania. To ważne rozróżnienie: Rinderknech miał swoje break pointy, więc Kym nie jest nietykalny przy własnym serwisie. Umie za to wytrzymać chwilę, w której robi się gęsto. A to, że tie-breaki raz wygrywa pewnie, a raz oddaje, każe zachować umiar w zachwytach.
Wszystko zaczyna się od tego, co wróci po serwisie
Kluczem jest jakość returnu, a nie samo trafienie w piłkę. Gea pokazał w Szanghaju, że Sheltona można wybić z rytmu, gdy pierwszy serwis wraca i nie daje mu łatwej piłki do ataku. Kym musi zrobić więcej niż tylko zablokować piłkę w kort: musi odegrać na tyle głęboko, żeby Amerykanin nie przejął wymiany od razu.
Równie ważna jest druga strona siatki. Shelton w meczu z Kovacevicem nie znalazł drogi do przełamania, a Kym właśnie udowodnił, że potrafi przeczekać napór przy własnym podaniu. Jeśli gemy returnowe faworyta znów będą jałowe, mecz może się zamienić w serię spokojnych utrzymań podania, w której o wszystkim decydują pojedyncze punkty.
Wtedy wchodzimy na teren tie-breaków, który obaj znają aż za dobrze. Shelton umie podnieść się po przegranej rozgrywce, Kym potrafi zarówno ją zdominować, jak i przegrać z rywalem odważniejszym w decydujących momentach. Uczciwie mówiąc, żaden z nich nie ma tu stałej przewagi, którą dałoby się wpisać w kalendarz.
O wcześniejszych pojedynkach tej dwójki nic nie wiadomo, więc punktem odniesienia zostają ostatnie tygodnie. Hala w Bazylei to dla obu znajome warunki: Shelton szlifuje tu serwis przed Turynem, Kym gra kolejny turniej z serii halowych startów. Brak wiatru i słońca sprzyja precyzji, a precyzja jest właśnie tym, nad czym Amerykanin pracuje.
Obaj grali we wtorek, ale nie tak samo. Shelton walczył wieczorem, długo i nerwowo, Kym skończył wcześniej i bez decydującego seta. To różnica w regeneracji, a nie wyrok: nic nie wskazuje, że faworyt będzie zmęczony ani że miejscowy ma rozstrzygającą przewagę wytrzymałościową. Obaj zresztą noszą w pamięci niedawne kłopoty z barkiem.
Zostaje jeszcze atmosfera. Kym zagra przed swoimi, a cały turniej żyje pożegnaniem Stana Wawrinki, więc emocji w hali nie zabraknie. Czy doping go uniesie, czy przygniecie, tego nie wiem; mecz z Rinderknechem sugeruje raczej to pierwsze. Shelton ma swój nowy, celny serwis, Kym ma cierpliwość. Ciekawe, co okaże się ważniejsze, gdy pierwsza piłka wróci na drugą stronę.

Polubienie jak słońce po deszczu. Znajdzie się?











