Zverev i Chaczanow w Nowym Jorku: kto pierwszy przejmie środek kortu
Półfinał US Open to ten moment turnieju, w którym nikt już nie udaje, że przyjechał się rozegrać. Alexander Zverev, rozstawiony z numerem jeden, dotarł tu drogą okrężną: przez dwa pięciosetowe maratony, przez wieczory na Ashe, które kończyły się grubo po północy, i przez wersję samego siebie, której sam chyba nie lubił oglądać. Karen Chaczanow przyjechał do Nowego Jorku bez ani jednej wygranej w całym amerykańskim sezonie i z porażką z Bernardem Tomiciem w Los Cabos jako wizytówką — a stoi krok od pierwszego finału wielkoszlemowego w karierze. To spotkanie dwóch wysokich tenisistów o bardzo podobnym pomyśle na tenis, co zwykle oznacza, że wygra ten, kto pierwszy zajmie środek kortu i nie odda go z grzeczności.
Zverev: od gry o przetrwanie do gry o kontrolę
Do Nowego Jorku przyjechał bez rytmu. W Montrealu Tallon Griekspoor po straconym secie zaczął wchodzić w kort, bić forhendem i wygrywać przy siatce, a Zverev nie potrafił utrzymać inicjatywy. W Cincinnati miał piłkę meczową z Tommym Paulem i zgubił kontrolę w okolicach tie-breaka drugiego seta, w meczu przerywanym deszczem. Sam powiedział to bez owijania: „Nie zrobiłem tego w ostatnich dwóch turniejach”.
Pierwsza runda z Lorenzo Sonego była najbliżej katastrofy. Zverev nie zamknął pierwszego seta przy podaniu rywala, stracił piłkę setową w tie-breaku trzeciej partii, a w czwartej Sonego był dwie piłki od zwycięstwa. Włoch zmienił geometrię meczu wyjściami do siatki, Zverev się irytował, ale w piątym secie doczekał się podwójnego błędu rywala przy break poincie i wygrał. Później nazwał to „dokładnie tym meczem, którego potrzebowałem” — i, co ciekawe, wcale nie brzmiało to jak uprzejmość wobec samego siebie.
Druga runda z Quentinem Halysem znów poszła na pełnym dystansie, z serwisem i bekhendem poniżej normy. Z Alejandro Tabilo zaczął agresywnie, po prowadzeniu w drugim secie zrobił się bierny, zwolnił piłkę, musiał bronić dwóch piłek setowych — i dopiero wtedy wrócił do głębokiej, zdecydowanej gry. Po tamtym maratonie zmienił też przygotowania: zamiast leczyć timing objętością treningu, trenował lekko. Żart o trenerze, który przypomniał mu, że mecz do trzech wygranych setów nie musi trwać pięciu partii, był w równych częściach humorem i ulgą.
Potem poziom faktycznie poszedł w górę. Z Lucianem Darderim kontrolował dwa pierwsze sety ciężkimi, głębokimi uderzeniami, przetrwał trzeci, w którym Włoch mocno przyspieszył, i pewnie rozegrał decydującego tie-breaka. Ćwierćfinał z Botikiem van de Zandschulpem był wygodny, choć rywal niósł na plecach kolejne pięciosetowe mecze. Ważniejsze od wyniku jest to, że podniosła się podłoga jego gry: forhend stał się bardziej stanowczy, bekhend wrócił do zwykłej stabilności, a Zverev nie musi już ratować się wyłącznie serwisem i nerwami przeciwnika.
Chaczanow: tydzień, który odwrócił całe lato
Lato miał kiepskie i nie próbuje tego ładnie opakować. Porażka z Tomiciem w Los Cabos była płaska, Montreal i Cincinnati nie przyniosły ani jednej wygranej, a cały sezon opisywano jako wyjątkowo nierówny. Sam zaproponował najprostsze wyjaśnienie tego, co stało się później: „Amerykańska seria nie poszła mi dobrze, więc trenowałem, trenowałem”.
W Nowym Jorku pierwsza i trzecia runda minęły mu niemal bez emocji: serwis wypracowywał krótkie piłki, forhend kończył wymiany, zanim ktokolwiek zdążył go wciągnąć w długi neutralny handel. Prawdziwy test przyszedł w drugiej rundzie z Felixem Augerem-Aliassime'em. Chaczanow przegrywał, odrobił przełamanie, doprowadził do tie-breaka i oddał go przestrzelonym returnem, ale od początku drugiego seta już nie przegrywał. Trzeba przy tym uczciwie dodać, że Kanadyjczyk przyznał potem, iż od mniej więcej połowy meczu miał zawroty głowy i kłopoty ze wzrokiem — końcówka nie jest więc czystym pomiarem poziomu Rosjanina. Jego własne podsumowanie — że „przetrwał” — mówi, jak bardzo była to dla niego sprawa emocjonalna, a nie tylko sportowa.
Najmocniejszym dowodem obecnej formy pozostaje czwarta runda z Learnerem Tienem. Chaczanow prowadził w tie-breaku trzeciego seta i spudłował bekhend do otwartego kortu, który dałby mu kilka piłek setowych. Tien seta wygrał, trybuny Armstronga ożyły — a Rosjanin odpowiedział natychmiast: wziął początek czwartej partii, po stracie przewagi na starcie piątej od razu przełamał z powrotem, a gdy Tien znów zagroził w środku decydującego seta, obronił break pointy. Po jego wcześniejszych bolesnych pięciosetówkach w Nowym Jorku to była ważniejsza zmiana niż jakakolwiek statystyka.
Ćwierćfinał z Blockxem dał mu wygraną i odpoczynek, ale niewiele wiedzy. Chaczanow prowadził od początku, przełamał dwa razy w pierwszym secie, doszedł do przełamania w końcówce drugiego, gdy problemy fizyczne rywala były już widoczne, i awansował po kroku. „Czułem, że dominuję od początku” — powiedział, i miał rację, tylko że nie musiał bronić prowadzenia przeciwko zdrowemu przeciwnikowi przez pełny dystans. Mówi o sobie spokojnie, bez euforii: docenia ten bieg, ale chce „zrobić jeszcze jeden krok do przodu”.
Kto zajmie środek kortu, zanim drugi zdąży się rozstawić
Obaj widzą ten mecz tak samo. Zverev spodziewa się bitwy o dominację od linii końcowej i zapowiada więcej agresji. Chaczanow ujął to precyzyjniej: „Przejąć kontrolę w środku, dyktować grę, ale bez pośpiechu”. To zastrzeżenie o pośpiechu jest kluczowe — w równym tempie z crossa na cross Zverev jest cierpliwszy, ma dłuższe ręce i większą tolerancję na powtarzalne wymiany bekhendowe, więc Rosjanin musi budować punkt, zanim zmieni kierunek albo rytm.
Podstawowy schemat Zvereva to głęboki bekhend po przekątnej, który przypina Chaczanowa do rogu i nie pozwala mu ustawić się do forhendu. Odwrotny plan Rosjanina jest oczywisty: forhendem rozciągać Niemca na boki, zanim ten wejdzie w wygodny rytm z bekhendu. To właśnie forhend — w ćwierćfinale opisywany jako rwący piłkę — najbardziej skracał mu punkty przez cały turniej. Zagrożeniem dla Zvereva pozostaje jego własny nawyk: bierność po objęciu prowadzenia, którą pokazał i z Sonego, i z Tabilo, a którą Chaczanow potrafi ukarać szybciej niż tamci.
Drugi węzeł to serwis i pierwszy return. Chaczanow sam wskazał return Zvereva jako swój główny problem — zasięg Niemca pozwala mu odbijać głęboko i odbierać serwującemu natychmiastowy forhend, więc Rosjanin będzie potrzebował nie tylko prędkości, ale i ustawiania piłki. W drugą stronę działa to podobnie: Zverev coraz częściej zamienia własny serwis w od razu ofensywny pierwszy forhend, więc miękkie returny przy drugim podaniu będą kosztowne. Zapowiedzi opisują ten mecz jako rozstrzygany serwisem, przy nieproporcjonalnie dużej wadze gemów returnowych — a Chaczanow ostrzega, że przy jednostajnym tempie wymiany potrafią się mocno rozciągnąć. Obie rzeczy mogą być prawdziwe naraz.
Bezpośrednia historia nie jest zamknięta ani oczywista. Chaczanow sam przypomniał, że wygrana ze Zverevem w Kanadzie w zeszłym roku była dla niego ważna, bo przyszła po serii porażek — nie kasuje to meczów, w których Niemiec go kontrolował, ale sprawia, że Rosjanin nie wchodzi na kort z poczuciem z góry przegranej sprawy. Nawierzchnia jest twarda, scena to Ashe, gdzie Zverev spędził w tym turnieju mnóstwo późnych wieczorów i jest w pełni zaaklimatyzowany, a Chaczanow pokazał z Tienem, że umie uciszyć wrogo nastawioną publiczność. Żaden z nich nie gra u siebie, więc trybuny pójdą za dramaturgią, nie za flagą.
Ciała są zdrowe — urazów nie zgłasza żaden z nich. Bilans zmęczenia jest jednak asymetryczny: Zverev spędził na korcie blisko dziesięć godzin w dwóch pierwszych meczach, choć potem systematycznie skracał swoje wieczory, a Chaczanow po ciężkim boju z Tienem dostał w prezencie krótszy ćwierćfinał i skończył go wcześniej w ciągu dnia. Pytanie brzmi nie o świeżość dziś rano, tylko o to, czy nagromadzone godziny Niemca odezwą się w czwartej godzinie intensywnej wymiany z linii.
I jest jeszcze różnica w pochodzeniu pewności siebie, która może okazać się najciekawsza. Zverev budował swoją stopniowo, mecz po meczu, od ratowania się w piątych setach do panowania nad przebiegiem spotkań; Chaczanow odzyskał swoją nagle, w tydzień, po lecie bez zwycięstw. Sam Zverev powiedział zdanie, które pasuje do obu: „Pewność siebie jest niesamowicie ważna, ale może też bardzo szybko zniknąć”. Pierwszy ciasny set — i pierwszy tie-break — pokaże, czyja wytrzyma dłużej.

Jeśli coś zostało w głowie, zostawcie ślad.










