Partnerki z debla, rywalki w ćwierćfinale: Sobolewa i Noha Akugue w Montreux
Bywają w tenisie mecze, które piszą się same, i ten ćwierćfinał w Montreux jest właśnie taki. Anastasija Sobolewa i Noma Noha Akugue kilka dni temu stały po tej samej stronie kortu — razem przeszły przez deblowy ćwierćfinał, wygrały pierwszego seta, przegrały drugiego o włos i poległy w super tie-breaku. W piątek, na ziemnym korcie WTA 125, ta sama para dzieli się na dwie osobne historie i gra o miejsce w półfinale. Cała intryga polega na tym, że żadna z nich nie może już udawać, że nie wie, z kim ma do czynienia: widziały się z bliska w serwisie, w returnie i — co ważniejsze — w momentach, w których wszystko się sypie.
Sobolewa: od przetrwania do dominacji w dwóch meczach
Jej tydzień w Montreux ma bardzo czytelną krzywą. Pierwsza runda z Miną Hodzić była męczarnią: Sobolewa kontrolowała otwarcie, zgubiła rytm w środku spotkania i musiała wygrywać ciasnego, decydującego seta. Najważniejsze jednak nie jest to, że przegrała drugą partię, a to, że nie pozwoliła jej przerodzić się w zawalenie całego meczu — dociągnęła długie spotkanie fizycznie i znalazła spokój w końcówce.
Drugi mecz był już z innej gliny. Przeciwko Andrei Lázaro García Ukrainka narzuciła swoje od pierwszego gema, nie oddała nic w pierwszym secie i skończyła sprawę w niewiele ponad godzinę. Utrzymania podania wyglądały znacznie pewniej niż w otwarciu, a presja w gemach returnowych nie dała Hiszpance ustawić się w ziemnym rytmie. To najmocniejszy sygnał formy w całym tym meczu — najpierw przetrwać, potem zdominować.
Do Montreux przyjechała po trudnym epizodzie na twardych kortach US Open, gdzie z Aleksandrą Szubladze wygrała ciasnego pierwszego seta, po czym poziom jej spadł i nie zdołała zatrzymać rywalki. Powrót na mączkę wygląda więc jak ulga: porusza się swobodniej, dłużej trzyma piłkę w korcie i więcej wyciąga z returnu. Można podejrzewać, że jej tenis po prostu lepiej się czuje w powtarzalnych wymianach z głębi kortu niż w szybkich, pierwszych uderzeniach na hardzie.
Zostaje jednak cień, którego nie da się pominąć. W połowie lipca Sobolewa skreczowała w ziemnym finale, a pod koniec miesiąca znów przerwała mecz w turnieju WTA 125 — bez wiarygodnej publicznej diagnozy w żadnym z tych przypadków. Od tego czasu dograła długą kwalifikację US Open i oba mecze w Montreux, w tym trzysetowy maraton, i nic się nie powtórzyło. To dowód na bieżącą sprawność, nie na wyjaśnienie lipca — i dlatego warto patrzeć na jej ruch po długich obronach oraz na to, czy pierwszy serwis nie traci prędkości, jeśli mecz znowu się rozciągnie.
Noha Akugue: lewa ręka, mocny forhend i problem z domykaniem
Trzecia rozstawiona przyszła do ćwierćfinału drogą kręcącą się jak górska serpentyna. Z Denisą Żoldakową przegrała pierwszego seta, potem podkręciła presję w returnie i dodała forhendowi autorytetu, drugą partię wygrała wyraźnie, a w trzeciej — mimo że zrobiło się ciasno — dowiozła odwrót do końca. Z Aliną Granwehr było odwrotnie: szybko odjechała w pierwszym secie, dała się dogonić do remisu, a potem zatrzymała osuwanie, wzięła dwa kolejne gemy i poniosła ten impet przez drugą partię.
Dwa mecze, dwa różne problemy do rozwiązania — i oba rozwiązane. To ważne, bo późne lato było dla niej serią tych samych, bolesnych zakończeń. Na US Open kontrolowała pierwszego seta z Anną Siskovą i przegrała dwa kolejne, w Warszawie znów wygrała otwarcie i przegrała w końcówce decydującego, a w Hamburgu z Anną Bondár doszła do trzeciego seta po świetnej drugiej partii i oddała ostatnie gemy. Poziom był, brakowało skuteczności w momencie domykania.
Fizycznie zgłasza się bez zastrzeżeń: wszystkie ostatnie mecze dograła do końca, obciążenie w tym tygodniu to dwa singlowe spotkania plus wspólny deblowy ćwierćfinał, a czwartek obie miały wolny od singla. Pytanie nie dotyczy więc wytrzymałości, a precyzji — gdy jej timing na forhendzie siada, w tym samym momencie kruszeje serwis i tolerancja w neutralnych wymianach.
Najświeższy dostępny cytat jest zresztą wymownie stary: przed lipcowym Hamburgiem mówiła, że czuje się całkiem dobrze i chce przenieść ten impet na turniej. Powiedziała to jeszcze przed całą serią ciasnych porażek i nie należy tego traktować jako aktualnej deklaracji z Montreux. Nowszych słów ani jej, ani sztabu po prostu nie ma.
Głębokość returnu przeciw lewoskrzydłowym kątom
Bezpośrednich spotkań singlowych brief nie wykazuje — jest tylko ten wspólny debel z początku tygodnia, który w praktyce jest lepszym materiałem niż jakikolwiek bilans. Obie znają swoje aktualne wyczucie piłki, ruch i reakcję na stres, bo obserwowały je z odległości kilku metrów po tej samej stronie siatki. Możliwe, że atmosfera na początku będzie mniej wojenna niż zwykle; to jednak nie zmienia stawki, bo zwyciężczyni wchodzi do półfinału WTA 125 w okresie, w którym obie są blisko swoich najwyższych pozycji w rankingu.
Agresorką jest tu Niemka. Jest leworęczna, forhend uważa za swoje główne narzędzie i buduje wokół niego wszystko: serwis na zewnątrz z pola parzystego wyciąga rywalkę w stronę alejki, a następny forhend idzie w otwarty kort. Krosowe forhendy pozwalają jej raz po raz obciążać bekhend Sobolewej, a jeśli Ukrainka zacznie returnować z głębi, może zmieniać długość zamiast wciąż uderzać w tę samą strefę. Warunek jest jeden: atak z równowagi, bo forsowanie mocy spoza linii końcowej sprowadza u niej serie błędów.
Sobolewa nie ma tak oczywistej broni, ale ma rytm i świeżą ziemną ostrość. Jej naturalna droga to głęboki return środkiem kortu, który odbiera Nohi Akugue kąty od pierwszej piłki, kierowanie neutralnych wymian na bekhend rywalki i przeciąganie wymian bez cofania się pod ogrodzenie. Zmiana kierunku ma sens tylko z pewnej pozycji; biernej obrony Niemka nie wybaczy, bo krótka piłka wystarczy jej do rozstrzygnięcia punktu.
Serwisy po obu stronach są zagadką. Geometria podania Niemki jest groźniejsza właśnie dzięki lewej ręce, ale w pierwszej rundzie jej serwis, zwłaszcza drugi, był chwiejny, a poprawił się dopiero z Granwehr. Sobolewa serwuje mniej destrukcyjnie, jednak w ostatnim meczu robiła to bardzo skutecznie. Wygląda na to, że rozstrzygać będzie nie sam serwis, a pierwsze uderzenie po nim — Noha Akugue potrzebuje piłki pod forhend, Sobolewa głębokości, która nie wpuści rywalki przed linię.
Klucze są więc trzy. Pierwszy: czy Sobolewa utrzyma tę samą głębokość returnu przeciw znacznie cięższej piłce niż ta, którą podawała Lázaro García. Drugi: czy Noha Akugue zachowa precyzję ataku, jeśli mecz znowu dojedzie do ciasnej końcówki, bo to dokładnie ten scenariusz uciekał jej przez całe późne lato. Trzeci to czas — im dłuższe wymiany i im więcej gemów returnowych, tym więcej znaczy obecna cierpliwość Ukrainki, choć wtedy na horyzoncie pojawia się też lipcowy cień jej dwóch przerwanych meczów.

Pisane bez pośpiechu. Oceniajcie bez pośpiechu.













